sobota, 20 maja 2017

Rozdział I


amochód nieco zwolnił, tuż przed kałużą żeby nie ochlapać przechodniów. Za to pasażerowie musieli liczyć się przez to bardziej wyczuwalnym wstrząsem.
– Mogliby w końcu połatać te drogę, z roku na rok jest coraz gorzej. – Mruknął niezadowolony mężczyzna, wydawał się być zirytowany jeszcze bardziej niż zwykle. Coś, czasem, dziwnie klekotało w jego aucie, a poza tym jedna wycieraczka przycinała się na sekundę tuż przy dolnej krawędzi szyby, przypominała wskazówkę zegara. Tik, tik, tik. Możliwe, że to codzienne, dwukrotne pokonywanie tej trasy nadszarpnęło kondycję maszyny. Nie dało się ukryć, że ilość dziur, kolein i kocich łbów na tym odcinku była większa niż powinno być to dozwolone. Zdecydowanie. Dziura na dziurze, dziura w dziurze, a w niej kolejna.
Nie znosiła deszczu. Nie znosiła tych dni w roku, w których z nieba na jej głowę lało się tyle wody, że można by codziennie napełnić basen. Basen! Nie szklankę, nie pięć, nie miskę ani wannę. Basen, taki duży. Tylko, że ona nie miała basenu. A przydałby się. To zdecydowanie był jeden z tych dni. A niby wiosna to taki wesoły czas, pełen życia, radości. Listki, kwiatki, biedronki, pszczółki. Nie. Sru na łeb.
– Wyślę smsa do mamy, że możemy się trochę spóźnić. – Wyciągnęła z torebki telefon.
– Pisz, żeby nie stała na tym deszczu tylko poczekała w sklepie. Mam wrażenie, że z tygodnia na tydzień ta trasa zajmuje coraz więcej czasu. Niedługo będę musiał wstawać o czwartej żeby zdążyć do pracy. – Ledwie powstrzymał się przed rzuceniem przekleństwa, kiedy kierowca przed nim postanowił gwałtownie zahamować, nie będzie przeklinał przy swojej małej córeczce.. – Jedzie sobie taki idiota, wozi się w wypasionym terenowym wozie i ma w dupie wszystkich w koło.
Jakieś pół godziny później. Cała rodzina dotarła na miejsce. Niestety, na cmentarzu padało dokładnie tak samo jak poza nim. To znaczyło, że kwiaty były podlane, a żadna świeczka nie miała szans się zapalić.
Babunia też nie lubiła deszczu i jak na złość w jej rocznicę śmierci przyszło prawdziwe oberwanie chmury.
– Witaj babciu. – Kobieta przykucnęła nie przejmując się błotem, które było wszędzie. 
Babunia zmarła stosunkowo niedawno, była wiekowa. Nikt nie zaprzeczał, że odpoczynek jej się należał. Przeżyła własną córkę, dożyła do nastoletniego wieku swojej prawnuczki. Była surowa, twarda. Dlatego tyle żyła. Choroba? Jaka choroba, że niby jakieś niewidoczne zarazki, bakterie czy inne świństwo miało jej zagrozić? O nie. Coś, co jest mniejsze od ciebie nie może ci zaszkodzić w żaden sposób. Zadziwiała tym lekarzy. Wyczerpała chyba jednak siłę, przynajmniej tę fizyczną, i odporność przydzieloną dla całej rodziny.
Dowodem na to była Kaylan. Z wiecznym katarem i zbyt częstymi migrenami.
– Nie idę dziś na wieczorne zajęcia. – Powiedziała tuż przy wyjściu z cmentarza.
– Dlaczego znowu? – Jej ojciec nie wydawał się zadowolony, ale nie miał zamiaru kontrolować dorosłej córki na każdym kroku.
– To tylko wykład z fizjologii, materiał nadrobię z podręcznika. – Szanowny profesor i tak większość odczytywał ze swoich notatek, zrobionych na podstawie podręcznika. Kaylan przez większość czasu kolorowała kratki w zeszycie na czerwono. – Żaden problem.
Następnego dnia już tak nie padało. Chmury się zlitowały. Po porannej mżawce zaczęło wychodzić słońce.  Sobota zaczęła się dla tej rodziny nieco zbyt wcześnie. Wazon zbił się, kolorowe szkiełka rozsypały się po podłodze a kobieta nachyliła się żeby je pozbierać.
– Nie mamy teraz na to czasu. Zostaw. – Mężczyzna złapał swoją żonę za przedramię i pomógł jej wstać. – Musimy dokończyć pakowanie. Posprzątasz, kiedy wrócimy.
Kaylan nie miała zielonego pojęcia, co tak właściwie się dzieje. Rano została wyciągnięta z łóżka. Prawie, że za nogi. Później dostała torbę, do której miała się spakować. I nawet nie zjedli śniadania. Wycieczka niespodzianka? Bardzo niespodziewana. Zaniepokoiła ją ilość bagaży stojąca w przedpokoju. Nie wyglądało to na weekendową wycieczkę. Miałaby opuścić zajęcia, te niesamowicie ważne zajęcia? Niemożliwe. A jej tata zawsze tak się denerwował, kiedy z jakiegoś powodu robiła sobie wolne. Niby miał rację, miał, weterynaria to wymagający kierunek, ale bez przesady, dziewczyna wiedziała, że sobie poradzi. Student sobie nie poradzi? No halo. Student zawsze da radę. Toż to student.
Kiedy po wyjściu z pokoju stanęła twarzą w twarz z matką, poczuła się nagle jak mała dziewczynka, której nie mówi się o sprawach dorosłych, bo jest na to zbyt młoda i jeszcze niewiele rozumie. Kobieta, bowiem była wyraźnie zestresowana, przestraszona. Ostatni raz widziała ją taką, kiedy dowiedziała się, że jej ośmioletnia wtedy córka postanowiła zaczepić agresywnego psa sąsiadów, który jak nic, jednym mlaśnięciem mógłby odgryźć jej rękę czy głowę. Tak bardzo lubiła zwierzątka.
– Mamo, a powiesz mi gdzie my właściwie jedziemy?  – Uśmiechnęła się niepewnie. Wycieczka: fajnie, aura mamy: niefajnie.
– Dowiesz się jak już będziemy na miejscu. – Kobieta, nieskutecznie, kamuflowała zdenerwowanie.
– A na jak długo? Nie wiem czy starczy mi skarpetek. – Skarpetki były sprytnym pretekstem do zadania tego pytania. Położyła swoją torbę obok bagażów rodziców.
Jeśli coś było nie tak, powinni jej powiedzieć. Aż tak się spieszą, czemu? Nie zdążą? Ktoś umiera? Koniec świata?

– Nie musisz się martwić na pewno wszystkiego ci wystarczy. – Ciepła, matczyna dłoń znalazła się na chwilkę na policzku córki. Bardzo chciałaby jej powiedzieć, kiedy wrócą, ale sama nie była tego do końca pewna, jej mąż zarządził natychmiastowy wyjazd i tyle.
– Spieszmy się. Jeśli się spóźnimy przepadnie nam rezerwacja i po wyjeździe. – Głowa rodziny wzięła dwie największe torby i wyszła z mieszkania.
– Mamo, a czy ty w ogóle wiesz gdzie jedziemy? – Skoro jej ojciec zaplanował wycieczkę to może postanowił nie wtajemniczać nikogo, lubił takie gierki: Nie powiem, zobaczycie, niespodzianka, okaże się, nie stresujcie się. Do tego zawsze z kamienną twarzą, na pewno nikt nie będzie się stresował.
– Mniej więcej wiem. Będzie miło. – Uśmiechnęła się najszczerzej jak potrafiła.
Samochód ruszył. Znów po tej nieszczęsnej drodze. Tym razem nie jechał do centrum, a poza miasto. Kołysanie i szum silnika dość szybko uśpiły dziewczynę. Nie był to sen głęboki, cały czas czuła ze gdzieś jadą, straciła jednak zupełnie poczucie czasu. Ze snu wzbudziło ją głośne przekleństwo. Ledwie udało jej się podnieść głowę i poczuła uderzenie.
Szarpnięcie. Czas nagle przyspieszył.
Sporych rozmiarów czarny samochód staranował niewielkie auto rodziny. Z ogromną prędkością wjechał w jego bok od strony pasażera miażdżąc maską całą tylną część. Dziewczyna zapamiętała tylko obroty, dźwięk tłukących się szyb i zgniatania karoserii. I bicie swojego serca, chyba, może to nie było to, może po prostu huczało jej w głowie. Łup, łup, łup. Później już nic nie słyszała, nastała ciemność.
Znów padało. A może tak naprawdę nigdy nie przestało? Zimne krople, dużo zimnych kropli. Cudowny zapach unosił się w powietrzu. Oczywiście nie każdy zwróciłby na niego w ogóle jakąkolwiek uwagę.  Był to zapach lasu w czasie deszczu. Konkretnie mieszanego, ale widocznie i wyczuwalnie przeważały w nim drzewa iglaste. Tak naturalny, przenikający przez ubranie, przez skórę zapach, który czuje się nie tylko nosem, ale i całym ciałem.
Wydawało się jakby w okolicy nie było żywej duszy. Szosa w pobliżu była pusta. Nawet ptaki się pochowały. Klimat jak z dreszczowca. Brakowało tylko duchów. Ich nie było. Były za to wraki samochodów. Dwa. Jeden przekoziołkował w poprzek drogi i wpadł do rowu. Drugi wyglądał jakby po prostu nieprzerwanie parł do przodu i ostatecznie zderzył się z drzewem kilka metrów od pierwszego samochodu. Oba były puste. W pierwszym można było znaleźć ślady krwi, całkiem sporo śladów krwi.
Poczuła promieniujący ból w boku. Cichy jęk wydarł się z jej gardła, kiedy otwierała oczy i wracała do niej świadomość. Jeszcze nie wiedziała, co się właściwie dzieje, ale zdecydowanie coś się nie zgadzało. Była cała mokra, przekręciła się na bok usiłując wstać, ale udało jej się tylko uklęknąć. Cokolwiek jej się działo, wstawanie było głupim pomysłem.  Wpatrywała się w swoje dłonie, całe w błocie i z trudem próbowała złapać oddech. Wypadek, ta informacja uderzyła ją w jednej chwili, był wypadek. Powinna być w samochodzie. Świat wydawał się być nieco niewyraźny, wirował, ale samochód to, to nie był, tego mogła być pewna. Znajdowała się pod drzewem, w znacznej odległości od drogi. Ulica majaczyła między drzewami. Rodzice, gdzie byli jej rodzice. Chyba też powinni tu być, ktoś ją wyciągnął. Pogotowie. Musiała wiedzieć.
Po raz kolejny spróbowała wstać. Nie udało się. Właściwie na czterech dowlokła się do drogi, miała problemy z oddychaniem. Jej wzrok od razu powędrował w kierunku rodzinnego samochodu. Był pusty. Nie było w nim nikogo. Nie było w nim rodziców. To znaczyło, że żyli. Prawdopodobnie. Skoro ona przeżyła to oni także. Opadła na ziemię zaraz bok wraku. Ból głowy, ból boku, ból właściwie wszystkiego bardzo utrudniał myślenie. Właściwie prawie wyłączył jej myślenie, zostało tylko odczuwanie. Próbowała sobie przypomnieć czy sama nie wydostała się jakimś cudem. Czy byłaby w stanie? Dopuściła myśl, że szok spowodowany wypadkiem był tak duży, że doczłapała się do tamtego drzewa, straciła przytomność i tego nie pamięta.
Nie miała telefonu.
Nie miała przy sobie nic. Tego już nie potrafiła wytłumaczyć. Czy w ogóle usiłowała? Nie. Nie byłaby w stanie, zarejestrowała tylko brak.
– Kurwa mać. – Czuła jak deszcz padał na jej zamknięte powieki. Jedyne, co jej teraz pozostało to leżeć przy rozbitym aucie i czekać aż ktoś będzie tędy przejeżdżał. Bo w końcu będzie. Musi. Spodziewała się u siebie wstrząśnienia mózgu, połamanych żeber i w ogóle wszystkiego, co najgorsze. Tak podpowiadał jej rozsądek, albo pesymizm, wypadek samochodowy równa się śmiertelne obrażenia.
Do Kaylan dotarło, że jeśli to nie ona sama wyszła z samochodu to prawdopodobnie wyciągnęli ją jej rodzice. Poszli po pomoc i będą jej szukać pod tym nieszczęsnym drzewem. Pod nim przynajmniej nie padało jej na głowę. Nie było jednak najmniejszej szansy żeby tam wróciła, poza tym wiedziała, że chyba nie powinna się ruszać i nie tracić przytomności. Na to drugie też nie było szansy. Była wyczerpana, oblała, w głowie jej huczało, świat wirował, a kiedy próbowała mieć otwarte oczy tylko zbierało się jej na wymioty. Więc je zamknęła, a ciemność wciągnęła ją szybko i była przyjemna. Dziewczyna miała wrażenie dryfowania w nieważkości, bardzo dziwne uczucie. Jakby cały świat zniknął, rozpłynął się. Śmierć? Jeśli tak miała wyglądać śmierć to nie było to takie najgorsze. Przynajmniej nic nie czuła, żadnego bólu, nie czuła swojego ciała. Ale tak przez wieki rozmyślać o niczym wydawało się zdecydowanie mało interesującą perspektywą. Nie było nawet, na czym zwiesić oka. Miała oczy? Nie widziała.
Rzeczywistość wróciła, uderzyła ją nagle i bardzo brutalnie, okrutnym bólem w boku i smakiem krwi w ustach. Spróbowała się poruszyć, ktoś jej to jednak uniemożliwił. Czyjaś dłoń na klatce piersiowej powstrzymała ją.
– Nie ruszaj się. – Miły głos, wyraźnie zaniepokojony dotarł do się do uszu Kaylan. – Nie mam pojęcia czy mnie rozumiesz, ale jesteś bardzo ranna. Chcę ci pomóc. P o m ó c.
Dziewczyna nie rozumiała, dlaczego miałaby czegokolwiek nie rozumieć. Nie była kretynką nierozumiejącą własnego języka. Chyba. 
– Rozumiem. – Wyrzuciła z siebie tylko to jedno słowo.
– Dobrze! Uf. Twoje ubrania są nieco niecodzienne. – Maenie ulżyło.
Wyszła dziś rano za mury miasta żeby pozbierać trochę ziół do szklarni. Jesienny Liść, bo tak z pewnych powodów nazywana jest Maena, najczęściej przez swoją babcię, która wydaje się nie pamiętać jej imienia, lubiła pomagać w zbiorach. Dziewczyna urodziła się późnym latem. Na widok niemowlęcia, kobiety uznały, że jest znakiem i jesień tego lata przyjdzie szybciej niż zwykle. Maena posiadała, bowiem oczy w kolorze bursztynu, a na jej lewej tęczówce znajdowała się spora, intensywnie zielona, plamka. Wtedy nie było jeszcze wiadomo, że do kompletu odziedziczyła kolor włosów po babci, której białe pukle były kiedyś ogniście rude, prawie czerwone. W roku dziewiątym ery zamknięcia, w którym Maena przyszła na świat, jesień faktycznie nadeszła szybko, a po kilkunastu latach, dziewczyna, zaczęła pogłębiać ziołami kolor swoich włosów nadając im odcień tak czerwony jak jest to tylko możliwe.
Jesiennemu liściowi serce ledwo wytrzymało, kiedy wśród wysokiej trawy ujrzała ciało dziewczyny. Myślała, że jest martwa, całe szczęście nie. Była szczęśliwa, że znalazła ją całkiem blisko miasta, więc pędem pobiegała, a biegać szybko umiała, poprosiła pierwszą napotkaną osobę o pomoc i wróciła do rannej.
– Nic nie mów. Niedługo ktoś się tu zjawi. Mam nadzieję. – Zasłoniła usta Kaylan, która wyraźnie chciała coś powiedzieć, a ta uznała, ze jeśli wariatka ma ją zatkać jabłkiem, przy kolejnej próbie wydania z siebie głosu to zamilknie.
Maena poczochrała z bezradności swoje włosy po lewej stronie głowy. Taki odruch. Kiedy się denerwuje gmera we włosach i drapie się właśnie z tej strony. Potem chodzi cały dzień z fryzurą, na: „całą noc spałam na jednym boku, a rano zapomniałam się uczesać”. Kto by się przejmował fryzurą? Nie była lekażem, ale znała się na pierwszej pomocy, a stan nieznajomej oceniała, jako nienajlepszy. Liczne zadrapania, na twarzy, na rękach. Sporo błota, które mogło zasłaniać część ran. Trzeba było je oczyścić i opatrzyć. Nie wyglądało to na atak catha, ani nawet na atak niedźwiedzia czy wilka. Ślady nie były od pazurów, za wiele z niej zostało. No i była żywa.
Na początku rozważała też, że jakimś dziwnym trafem człowiek z koron trafił w pobliże Nakaross. Jej strój nie był tutejszy. Ale rozumiała, a to znaczy, że pochodziła stąd. Możliwe, że uczestniczyła w jednej z badawczych prac prowadzonych w chronionych wymiarach. Była młoda, w wieku Maeny, może uczennica jakiegoś naukowca. Takich ekspedycji wysyłanych przez przecięcia było naprawdę sporo. Tylko, co mogło się stać, że wylądowała tu sama, w kiepskim stanie? Pytania w głowie Maeny mnożyły się nieustannie, sprawiała wrażenie jakby odpływała w swoje myśli, ale kiedy tylko ranna wyglądała jakby chciała się odezwać, uciszała ją ruchem dłoni, na zapas. Jak lekarze się nią zajmą i trochę wydobrzeje to wszystko opowie. Na razie była zagadką, ale Maena lubiła zagadki. Chciała tej zagadki i nieco egoistycznie, nie chciała sobie psuć zabawy. Uśmiechnęła się szeroko.
– Pozwalam ci coś powiedzieć, ale tylko jedną rzecz. Jak masz na imię? – Nie mogła jej cały czas nazywać ranną, czy nieznajomą, szczególnie, że jedną Rannę już znała.
– Kaylan. – Zmarszczyła brwi, na co Maena odpowiedziała tym samym.
– Ja jestem Maena. I nie patrz tak na mnie, nie powinnaś się ruszać i nic nie mów. Na wszelki wypadek. Nie wiemy, co ci jest. – Rozejrzała się, pomoc dalej nie nadchodziła. Co oni robili w tych klinikach? Miała ochotę tam pobiec i ich pogonić. – Czy jak kiwasz głową to bardzo cię boli?
Kaylan pokręciła głową przecząco, młoda zielarka miała nadzieję, że nie kłamała.
– Czy wiesz gdzie jesteś?
Znów pokręciła głową.
– Jesteś w Nakaross. No prawie. Na skraju lasu, zaraz obok Nakaross.
Po chwili zamyślenia, Kaylan postanowiła znowu pokręcić głową.
– Co nie? – Maena odchyliła się nieco do tyłu– Dalej nie wiesz gdzie jesteś? – Spytała z niedowierzaniem.
Po raz kolejny przeczenie.
– Jak to „nie wiem”? Przecież… Ja już nic nie rozumiem. – Po raz drugi podrapała się po głowie, bardziej czochrając swoje czerwone włosy. – Jak możesz nie wiedzieć gdzie jesteś? Amnezja! – Wykrzyknęła w ostatniej chwili powstrzymując się od potrząśnięcia swoją prawie-rozmówczynią. – Na pewno straciłaś pamięć. To wszystko wyjaśnia. Wiesz ile masz lat i skąd pochodzisz? – Dziewczyna była zachwycona swoją teorią, czym zaczynała przerażać nieco Kaylan. 
Poszkodowana kiwnęła głową twierdząco.
– Dobrze. Dobrze. – Już sama nie wiedziała, co powiedzieć – Potem się wszystkiego dowiem. Potem. Najpierw lekarze. Gdzie ci lekarze?
No właśnie. Gdzie ci lekarze? Maena była miła, ale jakaś dziwna i zbyt energiczna, zdecydowanie, gadała tyle, że ból głowy Kaylan się nasilał, a przynajmniej takie miała ona wrażenie. Bardzo chciała się odezwać i wyjaśnić wszystko szybko, ale poza tym, że bardzo źle się czuła, to nie chciała najpierw, dodatkowo dyskutować z dziewczyną o tym czy powinna rozmawiać czy nie. Nakaross, tak, pierwszy raz słyszała o takim miejscu. Może ta sympatyczna, nadpobudliwa osoba miała coś z głową, przesunęła Kaylan w jakieś inne miejsce w lesie, bo znów, zdecydowanie nie była tam gdzie być powinna. Żadnego wraku samochodu nie widziała. Istniało też przypuszczenie, że jeśli faktycznie ta dziewczyna o czerwonych włosach, była wariatką to żadni lekarze nie przybędą. A poza tym widziała jeszcze jedno wyjście, to nie Maena ma coś z głową tylko ona sama, z powodu wypadku coś jej się poprzestawiało i zwariowała.
Albo śni.
– W końcu! – Wykrzyknęła, przypuszczalnie, wariatka i wstała gwałtownie wymachując rękami. – Tutaj jesteśmy.
Troje ludzi, dwóch mężczyzn i jedna kobieta pojawiło się w zasięgu wzroku poszkodowanej. Mieli na sobie jednakowe beżowe stroje. Identyczne spodnie, koszule i kamizelki zapinane z boku. Zaczęła wątpić w to czy na pewno byli lekarzami, ale mężczyźni mieli ze sobą nosze, to był dobry znak. Chyba.
Kobieta przykucnęła przy Kaylan i zaczęła ją uważnie i delikatnie oglądać. Przyjrzała się jej zadrapaniom popatrzyła w oczy.
– Gdzie odczuwasz największy ból? – Spytała rzeczowo.
– Głowa i tu, z boku. Mam mdłości. – Zaczęła wymieniać, co jej dolega.
– Przenieście ją na nosze, delikatnie. – Kobieta wydała polecenie, sama zaglądając do niewielkiej torby i wyciągając z niej małą fiolkę, na jej widok Maena od razu się skrzywiła, na samą myśl o zawartości czuła ten okropny smród. Kiedy medycy przygotowali nosze, biedna Kaylan została już zmuszona żeby powąchać to paskudztwo.
Zielarka nie mogła patrzeć, kiedy mężczyźni przekładali tę, jeszcze zupełnie przytomną, biedną dziewczynę jak kawał mięcha, delikatnie, ale i tak jak kawał mięcha. Zatkała uszy, zamknęła oczy i koniec. Nie chciała widzieć jak się krzywi i słyszeć jak stęka, albo, nie daj Losie, krzyczy. Brr.
Po chwili nieśmiało zerknęła przez palce i uff. Biedulka była na noszach, niesiona w stronę miasta. Maena podbiegła kawałek i już szła obok nich. Lekarka, w drodze, sprawnie rozcięła sweterek Kaylan i wszystko inne, co było pod sweterkiem. Zielarka nawet nie próbowała zerknąć na jej odsłonięte teraz obrażenia, gdyby były tam jakieś wielkie sińce, rany, kości na wierzchu, na pewno zwróciłaby śniadanie, a przecież było całkiem smaczne. Lepiej nie ryzykować.
Tylko kawałeczek.
Drzewa odsłoniły już mury miasta, jeszcze jeden kawałeczek i pierwsza brama została minięta.
To już ta godzina, kiedy sad Nakaross był pełny ludzi. Drzewka i krzaczki owocowe sadzone dookoła miasta wymagały szczególnej pielęgnacji. Ten smacznie pachnący, ogród pomiędzy starymi murami miasta i nowymi, był stosunkowo młody, posadzony po zakończeniu wojny przełomu er. Maena uwielbiała spędzać w nim czas. Kochała zajmować się każdymi roślinami, a nie tylko ziołami jak jej babcia. Nie mogła zrozumieć jak można zamknąć się we własnej, przydomowej szklarni i nie wyściubiać z niej nosa. Chyba, że do lasu w poszukiwaniu sadzonek, ale to tylko i wyłącznie wczesną wiosną i też nie zawsze. Umarłaby chyba! To jak odpowiednie skupienie pozwala pobudzić nasionko do życia, gałązki do puszczania owoców i owoce do dojrzewania było zachwycające i wciągające to niesłychane. Sztuka zielonych wymagała ogromnej dokładności i nakładu pracy. Przyszli zieloni szkolili się od dziecka, tak samo wcześnie jak widzące. Wystarczyła tylko drobna pomyłka, ułamek sekundy rozproszenia, aby roślinę zabić a nie jej pomóc. Nie daj Losie żeby zabierał się za to ktoś nieposiadający kompetencji, słaba kontrola, w najlepszym wypadku, sprawiała ze nie działo się nic, a w najgorszym wywoływała zapłon.
Losie! Pożar w środku sadu byłby katastrofą. Jak to mówi ojciec jej przyjaciół „ogień łatwiej jest rozpalić, niż go zgasić”. Co prawda Maena nie zawsze rozumiała, o co mu chodzi, gdyż używał tego powiedzonka w tak rozmaitych kontekstach, że głowa boli, to i tak uważała je za niezwykle mądre.
Klinika, do której lekarze zabrali Kaylan znajdowała się tuż obok bramy wewnętrznej. Po drodze lekarka użyła jeszcze raz tego nieszczęsnego śmierdzącego wywaru, który powodował prawie natychmiastowy sen, bo ku jej zdziwieniu pacjentka zaczęła wybudzać się tuż przed dotarciem do celu. Z roślinki, z której powstaje ten używany często wywar, chemicy uzyskują substancję tak silną jak narkoza ludzi z koron. Biedna, ranna dziewczyna, musiała bardzo cierpieć, jeśli pierwsza dawka smrodku nie wystarczyła. Za każdym razem, kiedy Jesienny Liść przypominała sobie jej zbolały i zagubiony wzrok, to jak wyglądała, cała sponiewierana, a mimo to starała się być dzielna, to serce podchodziło jej do gardła. Wiedziała, że zaproponuje jej opiekę i nocleg, jeśli zajdzie taka potrzeba. Babcią przejmie się potem. Starsza kobieta będzie, tak zła jak wtedy, kiedy Maena próbowała zanosić wszystkie ranne ptaki, jeże, lisy… ranny człowiek przynajmniej nie brudzi i na ogół słucha, kiedy się do niego mówi, to mniejszy problem, prawda?
Dziewczyna przysiadła na drewnianym krzesełku w korytarzu, a młody lekarz wypytał ją o wszystkie szczegóły spotkania, był niezwykle niepocieszony, kiedy dowiedział się, że Maena kategorycznie zabroniła tajemniczej przybyszce mówić. Cokolwiek. Po chwili odszedł, a po kolejnej chwili w klinice pojawiło się dwóch strażników. Nie zwróciła na nich szczególnej uwagi póki nie zauważyła, że idą w kierunku sali, do której zabrano Kaylan. Postanowiła się, że dowie się co tak właściwie jest grane. Podbiegła truchtem pod salę, strażnicy stali pod drzwiami i wyglądali na znudzonych.
– Czego chcesz? Spytał, niezbyt grzecznie, jeden z nich, kiedy Maena przez dłuższy czas wpatrywała się w nich bez słowa.
– Pani Doktor jeszcze nie wyszła, prawda? Pochyliła się lekko, spoglądając na mężczyznę spod byka, wyglądała zabawnie mierząc tak wzrokiem dużo wyższego od siebie człowieka. Z której strony by na to nie patrzeć, młoda zielarka była krasnalem.
– Nic nam o tym nie wiadomo. – Odpowiedział rzeczowo, chłodno. Kojarzył te czerwoną czuprynę. A właściwie to kojarzył cyrk, który jej posiadaczka wokół siebie tak beztrosko robiła.
– Ivariusie! Prawie cię nie poznałam pod tym kapturem. – Uśmiechnęła się nagle promiennie, a mężczyzna zaczął się zastanawiać skąd to skaczące bez ładu i składu stworzenie go zna. – Przecież wiesz, że mnie możesz powiedzieć!
Wiedział? Nie, nie wiedział.
Nie odpowiedział. Ze wszystkich sił zastanawiał się skąd dziewczyna go zna i nagle go olśniło. Dzięki temu uświadomił sobie skąd tak często miał okazję podziwiać jej wyczyny jednocześnie nie kojarząc jej imienia. Była koleżanką jego młodszego, przyrodniego, brata. Odkąd Ivarius awansował w straży rzadko bywał w domu. Przyjaciele jego młodszego rodzeństwa nie musieli być jego przyjaciółmi.
– Jesteś koleżanką Riviusa. – Stwierdził tylko, nie miał zamiaru z tego powodu zdradzać jej jakichkolwiek informacji, zresztą gdyby była wystarczająco mądra sama by się domyśliła.
– Tak! Właśnie! – Jesienny Liść wyraźnie posmutniała. – Nie pamiętasz mnie. Jestem najlepszą przyjaciółką Ranny. Dlaczego tu pilnujecie?
Prychnął tylko. Jego młodsza siostra, widząca, była w domu jeszcze rzadziej niż on, niby jak miałby poznać jej przyjaciółki i skąd miał wiedzieć, że faktycznie nią była? Od kiedy młode widzące zadają się z kimkolwiek spoza zgromadzenia? Trzymają tam te wszystkie dziewczyny jak więźniów, chuchają na nie i dmuchają. Na ogół dopiero koło trzydziestki mogą chodzić wolno po mieście. Takie przynajmniej kojarzył zasady. Może coś się pozmieniało, prawdę mówiąc, obchodziło go to tak samo jak cath srający o zachodzie słońca.
– Nic ci nie powiem. Mogłabyś być nawet moją zmarłą matką, nic bym nie powiedział. – Spojrzał porozumiewawczo na swojego kolegę, który w odpowiedzi zaśmiał się kpiąco.
– Spadaj mikrusie. – Drugi mężczyzna machnął na nią ręką jakby był natrętna muchą.
Maena zadarła dumnie podbródek. Nie poczuła się urażona. Dwóch tępaków nie mogło jej urazić. Zmierzyła ich tylko wzrokiem matki, która właśnie wymyśla odpowiednią karę dla swoich niegrzecznych synów i odwróciła się na pięcie z zamiarem wrócenia na krzesełko.
– Idioci są wśród nas. – Westchnęła do siebie na tyle głośno żeby mogli to usłyszeć.
Ivarius wydał z siebie tylko ciężki do określenia dźwięk. Chciał coś powiedzieć, ale zaskoczenie było na tyle wielkie, że wszystkie słowa zaklinowały mu się gdzieś w gardle. Była niemożliwa.
– Iv, a tej, o co chodziło? – Roześmiał się jego towarzysz.
– Cholera wie. – Otrząsnął się i wykrzywił usta w niepewnym uśmiechu. Niepokojące.
– Wszyscy znajomkowie twojego brata mają no wiesz – popukał się palcem w czoło – łi ziu, nie równo pod sufitem?
– Chciałeś zapytać czy wszyscy znajomi mojego brata mają tak samo nierówno pod sufitem tak jak on? – Uważał Riviusa za przyszłego szaleńca, a nie wynalazcę czy naukowca i wcale się z tym nie krył. Obawiał się nieco tego, co może stać się za kilka lat, kiedy to mały świrek postanowi wyfrunąć z gniazda, albo sprowadzić nowe gniazdo do starego. Inagar, ich ojciec przejął pracownię po swoim starszym bracie Iniuriusie, a Rivius traktował to miejsce jak dom, bardziej niż ten prawdziwy dom znajdujący się, bądź co bądź, zaraz za ścianą. 
Nie minęło dużo czasu i lekarka, o którą wcześniej pytała Maena wyszła z sali. Spławiona przez strażników dziewczyna nie czekała i dopadła biedną kobietę, która zupełnie nie spodziewała się że ktoś nagle doskoczy do jej boku mierząc wielkimi oczami. Niepokojące.
– Co z tą dziewczyną? Pani Doktor, może mi pani powiedzieć? – Spytała energicznie.
– Pacjentka wydobrzeje miała wypadek samochodowy. – Mimo wszystko kobieta nie widziała powodu żeby odmawiać informowania dziewczyny, to ona ją znalazła, miała prawo poznać ogólne informacje.
Maena otworzyła szerzej oczy.
– Wiedziałam, że musiała uczestniczyć w badaniach w koronach. – Powiedziała do siebie, nie ukrywała satysfakcji w głosie, przez chwilę wydawało się, że bardziej zależało jej na zaspokojeniu swojej ciekawości niż na zdrowiu znalezionej.
– Nie. – Kobieta odwróciła się do strażników. ­– Możecie odejść, na pewno nie należy do straconych. Jest zupełnie niegroźna.
Maena zdziwiła się. Jak można było pomyśleć, że Kaylan należy do straconych? Oczywiście nie znała jej, ale to nie to spojrzenie! I po co stracony miałby kręcić się ranny tak blisko Nakaross? Nie raz już słyszała, że jest naiwna, ale to akurat było po prostu niemożliwe. Wiedziała to i już.
– Nie? – Nie była pewna, co „nie”. – Nie jest naukowcem? – Maena prawie czuła jak waliło jej serce z tych emocji, szybko jak skrzydła jakiegoś małego ptaszka.
– Wiem tylko tyle, że urodziła się w jednym ze światów koron. Na razie musi odpoczywać, ale wieczorem będzie mogła wyjść, o ile spędzi noc w spokoju. Tyle, że pewnie nie ma gdzie. A teraz muszę…
– Zabiorę ją do siebie! – Jesienny Liść weszła w słowo kobiecie, która otworzyła szerzej oczy w reakcji na podniesiony głos dziewczyny.
– To bardzo miłe z twojej strony. Muszę iść do innych pacjentów. – Lekarka oddaliła się, a Maena odetchnęła z ulgą, kamień z serca. Kaylan wydobrzeje, a do tego nie jest zła. To jej wystarczyło.
– Może jest niegroźna. – Ivarius zatrzymał się przy dziewczynie puszczając swojego kolegę przodem. – Ale możesz być pewna, że jeśli tylko będzie w stanie chodzić wyląduje jutro na porządnym maglowaniu.
Maena tylko prychnęła. Bla bla bla. Nie miała zamiaru się na to godzić. Jeśli Kaylan będzie pod jej opieką, jej i jej babci, to nie ma mowy żeby gdzieś jutro wyszła. Musi wypoczywać. Z łóżka trafi do łóżka, po drodze odwiedzając kuchnię i dostając talerz pełen jedzenia, a i jakiś wzmacniający napar nie zaszkodzi. Fioletowe ziele i niviszka, pyszne i niezastąpione. Żadnych spacerów i maglowania.
Kaylan czuła się tak jakby jej ciało nie należało do niej. Odrętwiałe, a ona otępiała. Głowa, ból, jakby ucisk. Głowa ściskana w imadle. Coś zgniatało także jej klatkę piersiową. Później dotarł do niej zapach. Coś jak zmieszanie delikatnej ziołowej woni ze sterylną czystością. Przedziwne połączenie. Otworzyła oczy. Ostrożnie. Bojąc się, że silne światło spowoduje większy dyskomfort, ale z zadowoleniem odkryła, że w pomieszczeniu nie było zbyt jasno, tylko nieco szaro. Okna były przysłonięte.
Rozejrzała się po pomieszczeniu, ostrożnie.
Kamienny sufit, idealnie gładki. Ściany pokryte ciemnym drewnem, a na nich kilka obrazków przedstawiających rośliny. Pościel była biała. Zasłony też. Na podłodze leżał dywan w kremowym kolorze, głaciutki, nie puchaty.
Nietypowy wystrój jak na szpital, ale ta sterylność w powietrzu podpowiadała jej, że to był szpital. Nie było innej możliwości. Odetchnęła głęboko. Zaczęła się zastanawiać czy znaleźli jej rodziców, czy nic im nie było. Może to oni sprowadzili pomoc? A może byli w sali obok? Kiedy ją znaleźli? Ile tam leżała?
Kaylan żałowała trochę, że ból zelżał, bo przez to mogła normalnie myśleć. W jej głowie przewijały się wspomnienia.
Trzask samochodu. Ból. Samotność. Więcej bólu. Czekanie.
A potem ten sen. Jak na sen, to całkiem sensowny. No, kto nie chciałby śnić o jakiś dziwnych miejscach. Całkiem niezgorsze to było. Szkoda tylko, że tak bolało. Mogłaby sobie pozwiedzać tę senną krainę, ale nawet w niej była kłębuszkiem bólu.
Pomasowała swoje skronie. Bała się. Naprawdę się bała. Chciałaby wiedzieć już, co z jej najbliższymi. Na pewno nie zniknęli. Czuła skręcającą bebechy potrzebę żeby się rozpłakać, ale ta dziwna, piekąca suchość w oczach jej to uniemożliwiała. Westchnęła i poczuła swój bok intensywniej.
Jakaś pielęgniarka, lekarz, ktokolwiek. Ktoś mógłby do niej przyjść i z nią porozmawiać.
Beznadzieja, cholera, beznadzieja.
Kilka godzin później lekarka zajmująca się Kaylan pozwoliła zabrać ją ze szpitala. Z zaleceniem wypoczywania i nie wykonywania żadnych gwałtownych ruchów. Dzywczyna była mocno obita, ale na całe szczęście żadna kość nie była złamana, a pęknięte żebro to nie koniec świata. Gdyby nie to, że akurat zielarki zaproponowały opiekę, to pewnie zostałaby w klinice do rana skoro nie miała własnego domu. Kobiety posiadały wystarczającą wiedzę żeby w razie, czego pomóc. Do tego Arnel Siora była osobą znaną i poważaną w środowisku zielonych i medycznym, każdy musiał liczyć się z jej słowami. Potrafiła jednym zdaniem sprawić, że osoby uważające się za ekspertów kuliły ogon pod siebie i wczołgiwały się w mysie dziury. Wiekowa kobieta wydawała się czerpać przyjemność z piętnowania niewiedzy, braku pomyślunku i upokarzania innych. Według niektórych była wręcz przerażająca.
Ale po Kaylan przyszła jej wnuczka, Maena, która cieszyła się, że może w końcu zaspokoi do końca swoją ciekawość. Miała tyle pomysłów! Chciała wiedzieć czy któryś z nich okaże się mieć chociaż nieco wspólnego z prawdą. Jej umysł aż kipiał! Miała problem żeby spokojnie ustać czy usiedzieć. Przez większość czasu wydawała się lekko podskakiwać, a w przerwach przebierała nogami. Swoim zachowaniem ściągała na siebie uwagę pacjentów kliniki, lekarzy, medyków, prawdę mówiąc łatwiej było powiedzieć czyjej uwagi nie ściągała.
Była tylko jedna taka osoba.
A była nią Kaylan.
Która została wyprowadzona ze swojej sali przez jakąś kobietę. Dziewczyna wydawała się nie zauważać niczego i nikogo. Miała przerażająco pusty wzrok. Cały czas wydawała się wpatrywać gdzieś w podłogę przed sobą. Jesienny Liść nie wiedziała, co ma począć z osobą, która wyglądała jak jakaś straszna lalka. Położyła dłoń ostrożnie na łopatce Kaylan chcąc ją wyprowadzić.
– Chodźmy. Będzie dobrze. – Próbowała złapać kontakt wzrokowy z Kaylan, która nie była wysoka, raczej średniego wzrostu, ale Maena i tak musiała spoglądać nieco w górę. Tak to jest, kiedy ludzie mówią jej, że ma „metr pięćdziesiąt w kapeluszu”, a nie miała! Miała całe 152 cm wzrostu, bez kapelusza. I to nawet bez butów.
Po chwili poszkodowana przeniosła mętne spojrzenie na Maenę, ale wydawała się jej nie zauważać. Patrzyła przez nią, jakby była przezroczysta.
– Idziemy? – Nie była pewna czy ludzka laleczka zareaguje, ale jednak, ruszyła do wyjścia sama, co prawda dość powolnie posuwając stopami po podłożu, ale sama. Bez ciągnięcia jej na siłę. Jedyne, co Maena musiała zrobić to troszkę nią pokierować.
Powoli robiło się coraz ciemniej.
Zniecierpliwiona staruszka zamknęła już główne wejście do szklarni. Sklep i tak był otwarty zdecydowanie zbyt długo, nie mogła czekać na swoją beztroską wnuczkę przez wieczność. Była za stara na marnowanie czasu w ten sposób. Zanim zgasiła światła, rozejrzała się po pomieszczeniu. Na ladzie przy wejściu był idealny porządek. Okrągły sklep wypełniony był długimi stołami, na których ustawiono korytka z ziołami, a pod nimi stały drewniane skrzynki. Dookoła pomieszczenia także znajdowało się pełno ziół, na ladzie złożonej z półokrągłych stołów ustawionych na prawie całej długości pomieszczenia. Rośliny pod oknami były też najwyższe ze wszystkich, które można było zobaczyć w zielarni, zasłaniały cały widok z za szklanych ścian, dzięki temu miało się wrażenie przebywania w centrum ziołowego lasu. Zawieszone pod kopulastym sufitem były z kolei te zioła, które uwielbiały słońce i ciepło najbardziej ze wszystkich.
Zapach ziół, wszędzie zielono, pełno ziół.
To był właśnie prawdziwy dom Arnel, od rana do wieczora zajmowała się swoimi roślinkami, rozmawiała z nimi i odpoczywała wśród nich. Czasem obsługiwała też klientów, rzadko, tym na ogół zajmowała się Maena, była młodsza i miała zdrowsze nogi. A poza tym ludzie ją lubili. Surowa, przez niektórych uważana nawet za wredną, staruszka nie przyciągała klientów.
Skoro wszystko w szklarni było w jak najlepszym porządku, przeszła wąskim korytarzem do domu. Centralna część budynku, będąca czymś w rodzaju przedpokoju i pokoju dziennego, tak samo jak sklep miała plan koła, jak zresztą większość mniejszych budynków w mieście. Kopulaste centrum i inne pomieszczenia wyrastające z niego.
Arnel ugotowała wodę, aby zaparzyć swoje ulubione zioła na wieczór i usiadła starym zwyczajem w bujanym fotelu z książką, czekając aż napój będzie gotowy do wypicia.
Szuranie i chrobotanie w przedpokoju znaczyło, że ktoś w końcu wrócił. Staruszka dźwignęła się z fotela i dumnie podeszła, aby zobaczyć, co to za bezpańską pannicę przywlokła jej wnuczka.
– Coś ty mi przyprowadziła? – Arnel widząc stan Kaylan nie wiedziała, co ma z nią zrobić. Rozmawiać? Nakarmić łyżeczką? – Wygląda jakby jej ktoś mózg rurką przez ucho wyssał. Na nic się nie przyda. – Poklepała Kaylan, niezbyt delikatnie po plecach, a ta wyraźnie się skrzywiła i zgarbiła, ale tylko tyle. – Połóż ją dziecko, potem zastanowimy się, co dalej.

Kiedy Kaylan zasnęła był późny wieczór.