sobota, 20 maja 2017

Rozdział I


amochód nieco zwolnił, tuż przed kałużą żeby nie ochlapać przechodniów. Za to pasażerowie musieli liczyć się przez to bardziej wyczuwalnym wstrząsem.
– Mogliby w końcu połatać te drogę, z roku na rok jest coraz gorzej. – Mruknął niezadowolony mężczyzna, wydawał się być zirytowany jeszcze bardziej niż zwykle. Coś, czasem, dziwnie klekotało w jego aucie, a poza tym jedna wycieraczka przycinała się na sekundę tuż przy dolnej krawędzi szyby, przypominała wskazówkę zegara. Tik, tik, tik. Możliwe, że to codzienne, dwukrotne pokonywanie tej trasy nadszarpnęło kondycję maszyny. Nie dało się ukryć, że ilość dziur, kolein i kocich łbów na tym odcinku była większa niż powinno być to dozwolone. Zdecydowanie. Dziura na dziurze, dziura w dziurze, a w niej kolejna.
Nie znosiła deszczu. Nie znosiła tych dni w roku, w których z nieba na jej głowę lało się tyle wody, że można by codziennie napełnić basen. Basen! Nie szklankę, nie pięć, nie miskę ani wannę. Basen, taki duży. Tylko, że ona nie miała basenu. A przydałby się. To zdecydowanie był jeden z tych dni. A niby wiosna to taki wesoły czas, pełen życia, radości. Listki, kwiatki, biedronki, pszczółki. Nie. Sru na łeb.
– Wyślę smsa do mamy, że możemy się trochę spóźnić. – Wyciągnęła z torebki telefon.
– Pisz, żeby nie stała na tym deszczu tylko poczekała w sklepie. Mam wrażenie, że z tygodnia na tydzień ta trasa zajmuje coraz więcej czasu. Niedługo będę musiał wstawać o czwartej żeby zdążyć do pracy. – Ledwie powstrzymał się przed rzuceniem przekleństwa, kiedy kierowca przed nim postanowił gwałtownie zahamować, nie będzie przeklinał przy swojej małej córeczce.. – Jedzie sobie taki idiota, wozi się w wypasionym terenowym wozie i ma w dupie wszystkich w koło.
Jakieś pół godziny później. Cała rodzina dotarła na miejsce. Niestety, na cmentarzu padało dokładnie tak samo jak poza nim. To znaczyło, że kwiaty były podlane, a żadna świeczka nie miała szans się zapalić.
Babunia też nie lubiła deszczu i jak na złość w jej rocznicę śmierci przyszło prawdziwe oberwanie chmury.
– Witaj babciu. – Kobieta przykucnęła nie przejmując się błotem, które było wszędzie. 
Babunia zmarła stosunkowo niedawno, była wiekowa. Nikt nie zaprzeczał, że odpoczynek jej się należał. Przeżyła własną córkę, dożyła do nastoletniego wieku swojej prawnuczki. Była surowa, twarda. Dlatego tyle żyła. Choroba? Jaka choroba, że niby jakieś niewidoczne zarazki, bakterie czy inne świństwo miało jej zagrozić? O nie. Coś, co jest mniejsze od ciebie nie może ci zaszkodzić w żaden sposób. Zadziwiała tym lekarzy. Wyczerpała chyba jednak siłę, przynajmniej tę fizyczną, i odporność przydzieloną dla całej rodziny.
Dowodem na to była Kaylan. Z wiecznym katarem i zbyt częstymi migrenami.
– Nie idę dziś na wieczorne zajęcia. – Powiedziała tuż przy wyjściu z cmentarza.
– Dlaczego znowu? – Jej ojciec nie wydawał się zadowolony, ale nie miał zamiaru kontrolować dorosłej córki na każdym kroku.
– To tylko wykład z fizjologii, materiał nadrobię z podręcznika. – Szanowny profesor i tak większość odczytywał ze swoich notatek, zrobionych na podstawie podręcznika. Kaylan przez większość czasu kolorowała kratki w zeszycie na czerwono. – Żaden problem.
Następnego dnia już tak nie padało. Chmury się zlitowały. Po porannej mżawce zaczęło wychodzić słońce.  Sobota zaczęła się dla tej rodziny nieco zbyt wcześnie. Wazon zbił się, kolorowe szkiełka rozsypały się po podłodze a kobieta nachyliła się żeby je pozbierać.
– Nie mamy teraz na to czasu. Zostaw. – Mężczyzna złapał swoją żonę za przedramię i pomógł jej wstać. – Musimy dokończyć pakowanie. Posprzątasz, kiedy wrócimy.
Kaylan nie miała zielonego pojęcia, co tak właściwie się dzieje. Rano została wyciągnięta z łóżka. Prawie, że za nogi. Później dostała torbę, do której miała się spakować. I nawet nie zjedli śniadania. Wycieczka niespodzianka? Bardzo niespodziewana. Zaniepokoiła ją ilość bagaży stojąca w przedpokoju. Nie wyglądało to na weekendową wycieczkę. Miałaby opuścić zajęcia, te niesamowicie ważne zajęcia? Niemożliwe. A jej tata zawsze tak się denerwował, kiedy z jakiegoś powodu robiła sobie wolne. Niby miał rację, miał, weterynaria to wymagający kierunek, ale bez przesady, dziewczyna wiedziała, że sobie poradzi. Student sobie nie poradzi? No halo. Student zawsze da radę. Toż to student.
Kiedy po wyjściu z pokoju stanęła twarzą w twarz z matką, poczuła się nagle jak mała dziewczynka, której nie mówi się o sprawach dorosłych, bo jest na to zbyt młoda i jeszcze niewiele rozumie. Kobieta, bowiem była wyraźnie zestresowana, przestraszona. Ostatni raz widziała ją taką, kiedy dowiedziała się, że jej ośmioletnia wtedy córka postanowiła zaczepić agresywnego psa sąsiadów, który jak nic, jednym mlaśnięciem mógłby odgryźć jej rękę czy głowę. Tak bardzo lubiła zwierzątka.
– Mamo, a powiesz mi gdzie my właściwie jedziemy?  – Uśmiechnęła się niepewnie. Wycieczka: fajnie, aura mamy: niefajnie.
– Dowiesz się jak już będziemy na miejscu. – Kobieta, nieskutecznie, kamuflowała zdenerwowanie.
– A na jak długo? Nie wiem czy starczy mi skarpetek. – Skarpetki były sprytnym pretekstem do zadania tego pytania. Położyła swoją torbę obok bagażów rodziców.
Jeśli coś było nie tak, powinni jej powiedzieć. Aż tak się spieszą, czemu? Nie zdążą? Ktoś umiera? Koniec świata?

– Nie musisz się martwić na pewno wszystkiego ci wystarczy. – Ciepła, matczyna dłoń znalazła się na chwilkę na policzku córki. Bardzo chciałaby jej powiedzieć, kiedy wrócą, ale sama nie była tego do końca pewna, jej mąż zarządził natychmiastowy wyjazd i tyle.
– Spieszmy się. Jeśli się spóźnimy przepadnie nam rezerwacja i po wyjeździe. – Głowa rodziny wzięła dwie największe torby i wyszła z mieszkania.
– Mamo, a czy ty w ogóle wiesz gdzie jedziemy? – Skoro jej ojciec zaplanował wycieczkę to może postanowił nie wtajemniczać nikogo, lubił takie gierki: Nie powiem, zobaczycie, niespodzianka, okaże się, nie stresujcie się. Do tego zawsze z kamienną twarzą, na pewno nikt nie będzie się stresował.
– Mniej więcej wiem. Będzie miło. – Uśmiechnęła się najszczerzej jak potrafiła.
Samochód ruszył. Znów po tej nieszczęsnej drodze. Tym razem nie jechał do centrum, a poza miasto. Kołysanie i szum silnika dość szybko uśpiły dziewczynę. Nie był to sen głęboki, cały czas czuła ze gdzieś jadą, straciła jednak zupełnie poczucie czasu. Ze snu wzbudziło ją głośne przekleństwo. Ledwie udało jej się podnieść głowę i poczuła uderzenie.
Szarpnięcie. Czas nagle przyspieszył.
Sporych rozmiarów czarny samochód staranował niewielkie auto rodziny. Z ogromną prędkością wjechał w jego bok od strony pasażera miażdżąc maską całą tylną część. Dziewczyna zapamiętała tylko obroty, dźwięk tłukących się szyb i zgniatania karoserii. I bicie swojego serca, chyba, może to nie było to, może po prostu huczało jej w głowie. Łup, łup, łup. Później już nic nie słyszała, nastała ciemność.
Znów padało. A może tak naprawdę nigdy nie przestało? Zimne krople, dużo zimnych kropli. Cudowny zapach unosił się w powietrzu. Oczywiście nie każdy zwróciłby na niego w ogóle jakąkolwiek uwagę.  Był to zapach lasu w czasie deszczu. Konkretnie mieszanego, ale widocznie i wyczuwalnie przeważały w nim drzewa iglaste. Tak naturalny, przenikający przez ubranie, przez skórę zapach, który czuje się nie tylko nosem, ale i całym ciałem.
Wydawało się jakby w okolicy nie było żywej duszy. Szosa w pobliżu była pusta. Nawet ptaki się pochowały. Klimat jak z dreszczowca. Brakowało tylko duchów. Ich nie było. Były za to wraki samochodów. Dwa. Jeden przekoziołkował w poprzek drogi i wpadł do rowu. Drugi wyglądał jakby po prostu nieprzerwanie parł do przodu i ostatecznie zderzył się z drzewem kilka metrów od pierwszego samochodu. Oba były puste. W pierwszym można było znaleźć ślady krwi, całkiem sporo śladów krwi.
Poczuła promieniujący ból w boku. Cichy jęk wydarł się z jej gardła, kiedy otwierała oczy i wracała do niej świadomość. Jeszcze nie wiedziała, co się właściwie dzieje, ale zdecydowanie coś się nie zgadzało. Była cała mokra, przekręciła się na bok usiłując wstać, ale udało jej się tylko uklęknąć. Cokolwiek jej się działo, wstawanie było głupim pomysłem.  Wpatrywała się w swoje dłonie, całe w błocie i z trudem próbowała złapać oddech. Wypadek, ta informacja uderzyła ją w jednej chwili, był wypadek. Powinna być w samochodzie. Świat wydawał się być nieco niewyraźny, wirował, ale samochód to, to nie był, tego mogła być pewna. Znajdowała się pod drzewem, w znacznej odległości od drogi. Ulica majaczyła między drzewami. Rodzice, gdzie byli jej rodzice. Chyba też powinni tu być, ktoś ją wyciągnął. Pogotowie. Musiała wiedzieć.
Po raz kolejny spróbowała wstać. Nie udało się. Właściwie na czterech dowlokła się do drogi, miała problemy z oddychaniem. Jej wzrok od razu powędrował w kierunku rodzinnego samochodu. Był pusty. Nie było w nim nikogo. Nie było w nim rodziców. To znaczyło, że żyli. Prawdopodobnie. Skoro ona przeżyła to oni także. Opadła na ziemię zaraz bok wraku. Ból głowy, ból boku, ból właściwie wszystkiego bardzo utrudniał myślenie. Właściwie prawie wyłączył jej myślenie, zostało tylko odczuwanie. Próbowała sobie przypomnieć czy sama nie wydostała się jakimś cudem. Czy byłaby w stanie? Dopuściła myśl, że szok spowodowany wypadkiem był tak duży, że doczłapała się do tamtego drzewa, straciła przytomność i tego nie pamięta.
Nie miała telefonu.
Nie miała przy sobie nic. Tego już nie potrafiła wytłumaczyć. Czy w ogóle usiłowała? Nie. Nie byłaby w stanie, zarejestrowała tylko brak.
– Kurwa mać. – Czuła jak deszcz padał na jej zamknięte powieki. Jedyne, co jej teraz pozostało to leżeć przy rozbitym aucie i czekać aż ktoś będzie tędy przejeżdżał. Bo w końcu będzie. Musi. Spodziewała się u siebie wstrząśnienia mózgu, połamanych żeber i w ogóle wszystkiego, co najgorsze. Tak podpowiadał jej rozsądek, albo pesymizm, wypadek samochodowy równa się śmiertelne obrażenia.
Do Kaylan dotarło, że jeśli to nie ona sama wyszła z samochodu to prawdopodobnie wyciągnęli ją jej rodzice. Poszli po pomoc i będą jej szukać pod tym nieszczęsnym drzewem. Pod nim przynajmniej nie padało jej na głowę. Nie było jednak najmniejszej szansy żeby tam wróciła, poza tym wiedziała, że chyba nie powinna się ruszać i nie tracić przytomności. Na to drugie też nie było szansy. Była wyczerpana, oblała, w głowie jej huczało, świat wirował, a kiedy próbowała mieć otwarte oczy tylko zbierało się jej na wymioty. Więc je zamknęła, a ciemność wciągnęła ją szybko i była przyjemna. Dziewczyna miała wrażenie dryfowania w nieważkości, bardzo dziwne uczucie. Jakby cały świat zniknął, rozpłynął się. Śmierć? Jeśli tak miała wyglądać śmierć to nie było to takie najgorsze. Przynajmniej nic nie czuła, żadnego bólu, nie czuła swojego ciała. Ale tak przez wieki rozmyślać o niczym wydawało się zdecydowanie mało interesującą perspektywą. Nie było nawet, na czym zwiesić oka. Miała oczy? Nie widziała.
Rzeczywistość wróciła, uderzyła ją nagle i bardzo brutalnie, okrutnym bólem w boku i smakiem krwi w ustach. Spróbowała się poruszyć, ktoś jej to jednak uniemożliwił. Czyjaś dłoń na klatce piersiowej powstrzymała ją.
– Nie ruszaj się. – Miły głos, wyraźnie zaniepokojony dotarł do się do uszu Kaylan. – Nie mam pojęcia czy mnie rozumiesz, ale jesteś bardzo ranna. Chcę ci pomóc. P o m ó c.
Dziewczyna nie rozumiała, dlaczego miałaby czegokolwiek nie rozumieć. Nie była kretynką nierozumiejącą własnego języka. Chyba. 
– Rozumiem. – Wyrzuciła z siebie tylko to jedno słowo.
– Dobrze! Uf. Twoje ubrania są nieco niecodzienne. – Maenie ulżyło.
Wyszła dziś rano za mury miasta żeby pozbierać trochę ziół do szklarni. Jesienny Liść, bo tak z pewnych powodów nazywana jest Maena, najczęściej przez swoją babcię, która wydaje się nie pamiętać jej imienia, lubiła pomagać w zbiorach. Dziewczyna urodziła się późnym latem. Na widok niemowlęcia, kobiety uznały, że jest znakiem i jesień tego lata przyjdzie szybciej niż zwykle. Maena posiadała, bowiem oczy w kolorze bursztynu, a na jej lewej tęczówce znajdowała się spora, intensywnie zielona, plamka. Wtedy nie było jeszcze wiadomo, że do kompletu odziedziczyła kolor włosów po babci, której białe pukle były kiedyś ogniście rude, prawie czerwone. W roku dziewiątym ery zamknięcia, w którym Maena przyszła na świat, jesień faktycznie nadeszła szybko, a po kilkunastu latach, dziewczyna, zaczęła pogłębiać ziołami kolor swoich włosów nadając im odcień tak czerwony jak jest to tylko możliwe.
Jesiennemu liściowi serce ledwo wytrzymało, kiedy wśród wysokiej trawy ujrzała ciało dziewczyny. Myślała, że jest martwa, całe szczęście nie. Była szczęśliwa, że znalazła ją całkiem blisko miasta, więc pędem pobiegała, a biegać szybko umiała, poprosiła pierwszą napotkaną osobę o pomoc i wróciła do rannej.
– Nic nie mów. Niedługo ktoś się tu zjawi. Mam nadzieję. – Zasłoniła usta Kaylan, która wyraźnie chciała coś powiedzieć, a ta uznała, ze jeśli wariatka ma ją zatkać jabłkiem, przy kolejnej próbie wydania z siebie głosu to zamilknie.
Maena poczochrała z bezradności swoje włosy po lewej stronie głowy. Taki odruch. Kiedy się denerwuje gmera we włosach i drapie się właśnie z tej strony. Potem chodzi cały dzień z fryzurą, na: „całą noc spałam na jednym boku, a rano zapomniałam się uczesać”. Kto by się przejmował fryzurą? Nie była lekażem, ale znała się na pierwszej pomocy, a stan nieznajomej oceniała, jako nienajlepszy. Liczne zadrapania, na twarzy, na rękach. Sporo błota, które mogło zasłaniać część ran. Trzeba było je oczyścić i opatrzyć. Nie wyglądało to na atak catha, ani nawet na atak niedźwiedzia czy wilka. Ślady nie były od pazurów, za wiele z niej zostało. No i była żywa.
Na początku rozważała też, że jakimś dziwnym trafem człowiek z koron trafił w pobliże Nakaross. Jej strój nie był tutejszy. Ale rozumiała, a to znaczy, że pochodziła stąd. Możliwe, że uczestniczyła w jednej z badawczych prac prowadzonych w chronionych wymiarach. Była młoda, w wieku Maeny, może uczennica jakiegoś naukowca. Takich ekspedycji wysyłanych przez przecięcia było naprawdę sporo. Tylko, co mogło się stać, że wylądowała tu sama, w kiepskim stanie? Pytania w głowie Maeny mnożyły się nieustannie, sprawiała wrażenie jakby odpływała w swoje myśli, ale kiedy tylko ranna wyglądała jakby chciała się odezwać, uciszała ją ruchem dłoni, na zapas. Jak lekarze się nią zajmą i trochę wydobrzeje to wszystko opowie. Na razie była zagadką, ale Maena lubiła zagadki. Chciała tej zagadki i nieco egoistycznie, nie chciała sobie psuć zabawy. Uśmiechnęła się szeroko.
– Pozwalam ci coś powiedzieć, ale tylko jedną rzecz. Jak masz na imię? – Nie mogła jej cały czas nazywać ranną, czy nieznajomą, szczególnie, że jedną Rannę już znała.
– Kaylan. – Zmarszczyła brwi, na co Maena odpowiedziała tym samym.
– Ja jestem Maena. I nie patrz tak na mnie, nie powinnaś się ruszać i nic nie mów. Na wszelki wypadek. Nie wiemy, co ci jest. – Rozejrzała się, pomoc dalej nie nadchodziła. Co oni robili w tych klinikach? Miała ochotę tam pobiec i ich pogonić. – Czy jak kiwasz głową to bardzo cię boli?
Kaylan pokręciła głową przecząco, młoda zielarka miała nadzieję, że nie kłamała.
– Czy wiesz gdzie jesteś?
Znów pokręciła głową.
– Jesteś w Nakaross. No prawie. Na skraju lasu, zaraz obok Nakaross.
Po chwili zamyślenia, Kaylan postanowiła znowu pokręcić głową.
– Co nie? – Maena odchyliła się nieco do tyłu– Dalej nie wiesz gdzie jesteś? – Spytała z niedowierzaniem.
Po raz kolejny przeczenie.
– Jak to „nie wiem”? Przecież… Ja już nic nie rozumiem. – Po raz drugi podrapała się po głowie, bardziej czochrając swoje czerwone włosy. – Jak możesz nie wiedzieć gdzie jesteś? Amnezja! – Wykrzyknęła w ostatniej chwili powstrzymując się od potrząśnięcia swoją prawie-rozmówczynią. – Na pewno straciłaś pamięć. To wszystko wyjaśnia. Wiesz ile masz lat i skąd pochodzisz? – Dziewczyna była zachwycona swoją teorią, czym zaczynała przerażać nieco Kaylan. 
Poszkodowana kiwnęła głową twierdząco.
– Dobrze. Dobrze. – Już sama nie wiedziała, co powiedzieć – Potem się wszystkiego dowiem. Potem. Najpierw lekarze. Gdzie ci lekarze?
No właśnie. Gdzie ci lekarze? Maena była miła, ale jakaś dziwna i zbyt energiczna, zdecydowanie, gadała tyle, że ból głowy Kaylan się nasilał, a przynajmniej takie miała ona wrażenie. Bardzo chciała się odezwać i wyjaśnić wszystko szybko, ale poza tym, że bardzo źle się czuła, to nie chciała najpierw, dodatkowo dyskutować z dziewczyną o tym czy powinna rozmawiać czy nie. Nakaross, tak, pierwszy raz słyszała o takim miejscu. Może ta sympatyczna, nadpobudliwa osoba miała coś z głową, przesunęła Kaylan w jakieś inne miejsce w lesie, bo znów, zdecydowanie nie była tam gdzie być powinna. Żadnego wraku samochodu nie widziała. Istniało też przypuszczenie, że jeśli faktycznie ta dziewczyna o czerwonych włosach, była wariatką to żadni lekarze nie przybędą. A poza tym widziała jeszcze jedno wyjście, to nie Maena ma coś z głową tylko ona sama, z powodu wypadku coś jej się poprzestawiało i zwariowała.
Albo śni.
– W końcu! – Wykrzyknęła, przypuszczalnie, wariatka i wstała gwałtownie wymachując rękami. – Tutaj jesteśmy.
Troje ludzi, dwóch mężczyzn i jedna kobieta pojawiło się w zasięgu wzroku poszkodowanej. Mieli na sobie jednakowe beżowe stroje. Identyczne spodnie, koszule i kamizelki zapinane z boku. Zaczęła wątpić w to czy na pewno byli lekarzami, ale mężczyźni mieli ze sobą nosze, to był dobry znak. Chyba.
Kobieta przykucnęła przy Kaylan i zaczęła ją uważnie i delikatnie oglądać. Przyjrzała się jej zadrapaniom popatrzyła w oczy.
– Gdzie odczuwasz największy ból? – Spytała rzeczowo.
– Głowa i tu, z boku. Mam mdłości. – Zaczęła wymieniać, co jej dolega.
– Przenieście ją na nosze, delikatnie. – Kobieta wydała polecenie, sama zaglądając do niewielkiej torby i wyciągając z niej małą fiolkę, na jej widok Maena od razu się skrzywiła, na samą myśl o zawartości czuła ten okropny smród. Kiedy medycy przygotowali nosze, biedna Kaylan została już zmuszona żeby powąchać to paskudztwo.
Zielarka nie mogła patrzeć, kiedy mężczyźni przekładali tę, jeszcze zupełnie przytomną, biedną dziewczynę jak kawał mięcha, delikatnie, ale i tak jak kawał mięcha. Zatkała uszy, zamknęła oczy i koniec. Nie chciała widzieć jak się krzywi i słyszeć jak stęka, albo, nie daj Losie, krzyczy. Brr.
Po chwili nieśmiało zerknęła przez palce i uff. Biedulka była na noszach, niesiona w stronę miasta. Maena podbiegła kawałek i już szła obok nich. Lekarka, w drodze, sprawnie rozcięła sweterek Kaylan i wszystko inne, co było pod sweterkiem. Zielarka nawet nie próbowała zerknąć na jej odsłonięte teraz obrażenia, gdyby były tam jakieś wielkie sińce, rany, kości na wierzchu, na pewno zwróciłaby śniadanie, a przecież było całkiem smaczne. Lepiej nie ryzykować.
Tylko kawałeczek.
Drzewa odsłoniły już mury miasta, jeszcze jeden kawałeczek i pierwsza brama została minięta.
To już ta godzina, kiedy sad Nakaross był pełny ludzi. Drzewka i krzaczki owocowe sadzone dookoła miasta wymagały szczególnej pielęgnacji. Ten smacznie pachnący, ogród pomiędzy starymi murami miasta i nowymi, był stosunkowo młody, posadzony po zakończeniu wojny przełomu er. Maena uwielbiała spędzać w nim czas. Kochała zajmować się każdymi roślinami, a nie tylko ziołami jak jej babcia. Nie mogła zrozumieć jak można zamknąć się we własnej, przydomowej szklarni i nie wyściubiać z niej nosa. Chyba, że do lasu w poszukiwaniu sadzonek, ale to tylko i wyłącznie wczesną wiosną i też nie zawsze. Umarłaby chyba! To jak odpowiednie skupienie pozwala pobudzić nasionko do życia, gałązki do puszczania owoców i owoce do dojrzewania było zachwycające i wciągające to niesłychane. Sztuka zielonych wymagała ogromnej dokładności i nakładu pracy. Przyszli zieloni szkolili się od dziecka, tak samo wcześnie jak widzące. Wystarczyła tylko drobna pomyłka, ułamek sekundy rozproszenia, aby roślinę zabić a nie jej pomóc. Nie daj Losie żeby zabierał się za to ktoś nieposiadający kompetencji, słaba kontrola, w najlepszym wypadku, sprawiała ze nie działo się nic, a w najgorszym wywoływała zapłon.
Losie! Pożar w środku sadu byłby katastrofą. Jak to mówi ojciec jej przyjaciół „ogień łatwiej jest rozpalić, niż go zgasić”. Co prawda Maena nie zawsze rozumiała, o co mu chodzi, gdyż używał tego powiedzonka w tak rozmaitych kontekstach, że głowa boli, to i tak uważała je za niezwykle mądre.
Klinika, do której lekarze zabrali Kaylan znajdowała się tuż obok bramy wewnętrznej. Po drodze lekarka użyła jeszcze raz tego nieszczęsnego śmierdzącego wywaru, który powodował prawie natychmiastowy sen, bo ku jej zdziwieniu pacjentka zaczęła wybudzać się tuż przed dotarciem do celu. Z roślinki, z której powstaje ten używany często wywar, chemicy uzyskują substancję tak silną jak narkoza ludzi z koron. Biedna, ranna dziewczyna, musiała bardzo cierpieć, jeśli pierwsza dawka smrodku nie wystarczyła. Za każdym razem, kiedy Jesienny Liść przypominała sobie jej zbolały i zagubiony wzrok, to jak wyglądała, cała sponiewierana, a mimo to starała się być dzielna, to serce podchodziło jej do gardła. Wiedziała, że zaproponuje jej opiekę i nocleg, jeśli zajdzie taka potrzeba. Babcią przejmie się potem. Starsza kobieta będzie, tak zła jak wtedy, kiedy Maena próbowała zanosić wszystkie ranne ptaki, jeże, lisy… ranny człowiek przynajmniej nie brudzi i na ogół słucha, kiedy się do niego mówi, to mniejszy problem, prawda?
Dziewczyna przysiadła na drewnianym krzesełku w korytarzu, a młody lekarz wypytał ją o wszystkie szczegóły spotkania, był niezwykle niepocieszony, kiedy dowiedział się, że Maena kategorycznie zabroniła tajemniczej przybyszce mówić. Cokolwiek. Po chwili odszedł, a po kolejnej chwili w klinice pojawiło się dwóch strażników. Nie zwróciła na nich szczególnej uwagi póki nie zauważyła, że idą w kierunku sali, do której zabrano Kaylan. Postanowiła się, że dowie się co tak właściwie jest grane. Podbiegła truchtem pod salę, strażnicy stali pod drzwiami i wyglądali na znudzonych.
– Czego chcesz? Spytał, niezbyt grzecznie, jeden z nich, kiedy Maena przez dłuższy czas wpatrywała się w nich bez słowa.
– Pani Doktor jeszcze nie wyszła, prawda? Pochyliła się lekko, spoglądając na mężczyznę spod byka, wyglądała zabawnie mierząc tak wzrokiem dużo wyższego od siebie człowieka. Z której strony by na to nie patrzeć, młoda zielarka była krasnalem.
– Nic nam o tym nie wiadomo. – Odpowiedział rzeczowo, chłodno. Kojarzył te czerwoną czuprynę. A właściwie to kojarzył cyrk, który jej posiadaczka wokół siebie tak beztrosko robiła.
– Ivariusie! Prawie cię nie poznałam pod tym kapturem. – Uśmiechnęła się nagle promiennie, a mężczyzna zaczął się zastanawiać skąd to skaczące bez ładu i składu stworzenie go zna. – Przecież wiesz, że mnie możesz powiedzieć!
Wiedział? Nie, nie wiedział.
Nie odpowiedział. Ze wszystkich sił zastanawiał się skąd dziewczyna go zna i nagle go olśniło. Dzięki temu uświadomił sobie skąd tak często miał okazję podziwiać jej wyczyny jednocześnie nie kojarząc jej imienia. Była koleżanką jego młodszego, przyrodniego, brata. Odkąd Ivarius awansował w straży rzadko bywał w domu. Przyjaciele jego młodszego rodzeństwa nie musieli być jego przyjaciółmi.
– Jesteś koleżanką Riviusa. – Stwierdził tylko, nie miał zamiaru z tego powodu zdradzać jej jakichkolwiek informacji, zresztą gdyby była wystarczająco mądra sama by się domyśliła.
– Tak! Właśnie! – Jesienny Liść wyraźnie posmutniała. – Nie pamiętasz mnie. Jestem najlepszą przyjaciółką Ranny. Dlaczego tu pilnujecie?
Prychnął tylko. Jego młodsza siostra, widząca, była w domu jeszcze rzadziej niż on, niby jak miałby poznać jej przyjaciółki i skąd miał wiedzieć, że faktycznie nią była? Od kiedy młode widzące zadają się z kimkolwiek spoza zgromadzenia? Trzymają tam te wszystkie dziewczyny jak więźniów, chuchają na nie i dmuchają. Na ogół dopiero koło trzydziestki mogą chodzić wolno po mieście. Takie przynajmniej kojarzył zasady. Może coś się pozmieniało, prawdę mówiąc, obchodziło go to tak samo jak cath srający o zachodzie słońca.
– Nic ci nie powiem. Mogłabyś być nawet moją zmarłą matką, nic bym nie powiedział. – Spojrzał porozumiewawczo na swojego kolegę, który w odpowiedzi zaśmiał się kpiąco.
– Spadaj mikrusie. – Drugi mężczyzna machnął na nią ręką jakby był natrętna muchą.
Maena zadarła dumnie podbródek. Nie poczuła się urażona. Dwóch tępaków nie mogło jej urazić. Zmierzyła ich tylko wzrokiem matki, która właśnie wymyśla odpowiednią karę dla swoich niegrzecznych synów i odwróciła się na pięcie z zamiarem wrócenia na krzesełko.
– Idioci są wśród nas. – Westchnęła do siebie na tyle głośno żeby mogli to usłyszeć.
Ivarius wydał z siebie tylko ciężki do określenia dźwięk. Chciał coś powiedzieć, ale zaskoczenie było na tyle wielkie, że wszystkie słowa zaklinowały mu się gdzieś w gardle. Była niemożliwa.
– Iv, a tej, o co chodziło? – Roześmiał się jego towarzysz.
– Cholera wie. – Otrząsnął się i wykrzywił usta w niepewnym uśmiechu. Niepokojące.
– Wszyscy znajomkowie twojego brata mają no wiesz – popukał się palcem w czoło – łi ziu, nie równo pod sufitem?
– Chciałeś zapytać czy wszyscy znajomi mojego brata mają tak samo nierówno pod sufitem tak jak on? – Uważał Riviusa za przyszłego szaleńca, a nie wynalazcę czy naukowca i wcale się z tym nie krył. Obawiał się nieco tego, co może stać się za kilka lat, kiedy to mały świrek postanowi wyfrunąć z gniazda, albo sprowadzić nowe gniazdo do starego. Inagar, ich ojciec przejął pracownię po swoim starszym bracie Iniuriusie, a Rivius traktował to miejsce jak dom, bardziej niż ten prawdziwy dom znajdujący się, bądź co bądź, zaraz za ścianą. 
Nie minęło dużo czasu i lekarka, o którą wcześniej pytała Maena wyszła z sali. Spławiona przez strażników dziewczyna nie czekała i dopadła biedną kobietę, która zupełnie nie spodziewała się że ktoś nagle doskoczy do jej boku mierząc wielkimi oczami. Niepokojące.
– Co z tą dziewczyną? Pani Doktor, może mi pani powiedzieć? – Spytała energicznie.
– Pacjentka wydobrzeje miała wypadek samochodowy. – Mimo wszystko kobieta nie widziała powodu żeby odmawiać informowania dziewczyny, to ona ją znalazła, miała prawo poznać ogólne informacje.
Maena otworzyła szerzej oczy.
– Wiedziałam, że musiała uczestniczyć w badaniach w koronach. – Powiedziała do siebie, nie ukrywała satysfakcji w głosie, przez chwilę wydawało się, że bardziej zależało jej na zaspokojeniu swojej ciekawości niż na zdrowiu znalezionej.
– Nie. – Kobieta odwróciła się do strażników. ­– Możecie odejść, na pewno nie należy do straconych. Jest zupełnie niegroźna.
Maena zdziwiła się. Jak można było pomyśleć, że Kaylan należy do straconych? Oczywiście nie znała jej, ale to nie to spojrzenie! I po co stracony miałby kręcić się ranny tak blisko Nakaross? Nie raz już słyszała, że jest naiwna, ale to akurat było po prostu niemożliwe. Wiedziała to i już.
– Nie? – Nie była pewna, co „nie”. – Nie jest naukowcem? – Maena prawie czuła jak waliło jej serce z tych emocji, szybko jak skrzydła jakiegoś małego ptaszka.
– Wiem tylko tyle, że urodziła się w jednym ze światów koron. Na razie musi odpoczywać, ale wieczorem będzie mogła wyjść, o ile spędzi noc w spokoju. Tyle, że pewnie nie ma gdzie. A teraz muszę…
– Zabiorę ją do siebie! – Jesienny Liść weszła w słowo kobiecie, która otworzyła szerzej oczy w reakcji na podniesiony głos dziewczyny.
– To bardzo miłe z twojej strony. Muszę iść do innych pacjentów. – Lekarka oddaliła się, a Maena odetchnęła z ulgą, kamień z serca. Kaylan wydobrzeje, a do tego nie jest zła. To jej wystarczyło.
– Może jest niegroźna. – Ivarius zatrzymał się przy dziewczynie puszczając swojego kolegę przodem. – Ale możesz być pewna, że jeśli tylko będzie w stanie chodzić wyląduje jutro na porządnym maglowaniu.
Maena tylko prychnęła. Bla bla bla. Nie miała zamiaru się na to godzić. Jeśli Kaylan będzie pod jej opieką, jej i jej babci, to nie ma mowy żeby gdzieś jutro wyszła. Musi wypoczywać. Z łóżka trafi do łóżka, po drodze odwiedzając kuchnię i dostając talerz pełen jedzenia, a i jakiś wzmacniający napar nie zaszkodzi. Fioletowe ziele i niviszka, pyszne i niezastąpione. Żadnych spacerów i maglowania.
Kaylan czuła się tak jakby jej ciało nie należało do niej. Odrętwiałe, a ona otępiała. Głowa, ból, jakby ucisk. Głowa ściskana w imadle. Coś zgniatało także jej klatkę piersiową. Później dotarł do niej zapach. Coś jak zmieszanie delikatnej ziołowej woni ze sterylną czystością. Przedziwne połączenie. Otworzyła oczy. Ostrożnie. Bojąc się, że silne światło spowoduje większy dyskomfort, ale z zadowoleniem odkryła, że w pomieszczeniu nie było zbyt jasno, tylko nieco szaro. Okna były przysłonięte.
Rozejrzała się po pomieszczeniu, ostrożnie.
Kamienny sufit, idealnie gładki. Ściany pokryte ciemnym drewnem, a na nich kilka obrazków przedstawiających rośliny. Pościel była biała. Zasłony też. Na podłodze leżał dywan w kremowym kolorze, głaciutki, nie puchaty.
Nietypowy wystrój jak na szpital, ale ta sterylność w powietrzu podpowiadała jej, że to był szpital. Nie było innej możliwości. Odetchnęła głęboko. Zaczęła się zastanawiać czy znaleźli jej rodziców, czy nic im nie było. Może to oni sprowadzili pomoc? A może byli w sali obok? Kiedy ją znaleźli? Ile tam leżała?
Kaylan żałowała trochę, że ból zelżał, bo przez to mogła normalnie myśleć. W jej głowie przewijały się wspomnienia.
Trzask samochodu. Ból. Samotność. Więcej bólu. Czekanie.
A potem ten sen. Jak na sen, to całkiem sensowny. No, kto nie chciałby śnić o jakiś dziwnych miejscach. Całkiem niezgorsze to było. Szkoda tylko, że tak bolało. Mogłaby sobie pozwiedzać tę senną krainę, ale nawet w niej była kłębuszkiem bólu.
Pomasowała swoje skronie. Bała się. Naprawdę się bała. Chciałaby wiedzieć już, co z jej najbliższymi. Na pewno nie zniknęli. Czuła skręcającą bebechy potrzebę żeby się rozpłakać, ale ta dziwna, piekąca suchość w oczach jej to uniemożliwiała. Westchnęła i poczuła swój bok intensywniej.
Jakaś pielęgniarka, lekarz, ktokolwiek. Ktoś mógłby do niej przyjść i z nią porozmawiać.
Beznadzieja, cholera, beznadzieja.
Kilka godzin później lekarka zajmująca się Kaylan pozwoliła zabrać ją ze szpitala. Z zaleceniem wypoczywania i nie wykonywania żadnych gwałtownych ruchów. Dzywczyna była mocno obita, ale na całe szczęście żadna kość nie była złamana, a pęknięte żebro to nie koniec świata. Gdyby nie to, że akurat zielarki zaproponowały opiekę, to pewnie zostałaby w klinice do rana skoro nie miała własnego domu. Kobiety posiadały wystarczającą wiedzę żeby w razie, czego pomóc. Do tego Arnel Siora była osobą znaną i poważaną w środowisku zielonych i medycznym, każdy musiał liczyć się z jej słowami. Potrafiła jednym zdaniem sprawić, że osoby uważające się za ekspertów kuliły ogon pod siebie i wczołgiwały się w mysie dziury. Wiekowa kobieta wydawała się czerpać przyjemność z piętnowania niewiedzy, braku pomyślunku i upokarzania innych. Według niektórych była wręcz przerażająca.
Ale po Kaylan przyszła jej wnuczka, Maena, która cieszyła się, że może w końcu zaspokoi do końca swoją ciekawość. Miała tyle pomysłów! Chciała wiedzieć czy któryś z nich okaże się mieć chociaż nieco wspólnego z prawdą. Jej umysł aż kipiał! Miała problem żeby spokojnie ustać czy usiedzieć. Przez większość czasu wydawała się lekko podskakiwać, a w przerwach przebierała nogami. Swoim zachowaniem ściągała na siebie uwagę pacjentów kliniki, lekarzy, medyków, prawdę mówiąc łatwiej było powiedzieć czyjej uwagi nie ściągała.
Była tylko jedna taka osoba.
A była nią Kaylan.
Która została wyprowadzona ze swojej sali przez jakąś kobietę. Dziewczyna wydawała się nie zauważać niczego i nikogo. Miała przerażająco pusty wzrok. Cały czas wydawała się wpatrywać gdzieś w podłogę przed sobą. Jesienny Liść nie wiedziała, co ma począć z osobą, która wyglądała jak jakaś straszna lalka. Położyła dłoń ostrożnie na łopatce Kaylan chcąc ją wyprowadzić.
– Chodźmy. Będzie dobrze. – Próbowała złapać kontakt wzrokowy z Kaylan, która nie była wysoka, raczej średniego wzrostu, ale Maena i tak musiała spoglądać nieco w górę. Tak to jest, kiedy ludzie mówią jej, że ma „metr pięćdziesiąt w kapeluszu”, a nie miała! Miała całe 152 cm wzrostu, bez kapelusza. I to nawet bez butów.
Po chwili poszkodowana przeniosła mętne spojrzenie na Maenę, ale wydawała się jej nie zauważać. Patrzyła przez nią, jakby była przezroczysta.
– Idziemy? – Nie była pewna czy ludzka laleczka zareaguje, ale jednak, ruszyła do wyjścia sama, co prawda dość powolnie posuwając stopami po podłożu, ale sama. Bez ciągnięcia jej na siłę. Jedyne, co Maena musiała zrobić to troszkę nią pokierować.
Powoli robiło się coraz ciemniej.
Zniecierpliwiona staruszka zamknęła już główne wejście do szklarni. Sklep i tak był otwarty zdecydowanie zbyt długo, nie mogła czekać na swoją beztroską wnuczkę przez wieczność. Była za stara na marnowanie czasu w ten sposób. Zanim zgasiła światła, rozejrzała się po pomieszczeniu. Na ladzie przy wejściu był idealny porządek. Okrągły sklep wypełniony był długimi stołami, na których ustawiono korytka z ziołami, a pod nimi stały drewniane skrzynki. Dookoła pomieszczenia także znajdowało się pełno ziół, na ladzie złożonej z półokrągłych stołów ustawionych na prawie całej długości pomieszczenia. Rośliny pod oknami były też najwyższe ze wszystkich, które można było zobaczyć w zielarni, zasłaniały cały widok z za szklanych ścian, dzięki temu miało się wrażenie przebywania w centrum ziołowego lasu. Zawieszone pod kopulastym sufitem były z kolei te zioła, które uwielbiały słońce i ciepło najbardziej ze wszystkich.
Zapach ziół, wszędzie zielono, pełno ziół.
To był właśnie prawdziwy dom Arnel, od rana do wieczora zajmowała się swoimi roślinkami, rozmawiała z nimi i odpoczywała wśród nich. Czasem obsługiwała też klientów, rzadko, tym na ogół zajmowała się Maena, była młodsza i miała zdrowsze nogi. A poza tym ludzie ją lubili. Surowa, przez niektórych uważana nawet za wredną, staruszka nie przyciągała klientów.
Skoro wszystko w szklarni było w jak najlepszym porządku, przeszła wąskim korytarzem do domu. Centralna część budynku, będąca czymś w rodzaju przedpokoju i pokoju dziennego, tak samo jak sklep miała plan koła, jak zresztą większość mniejszych budynków w mieście. Kopulaste centrum i inne pomieszczenia wyrastające z niego.
Arnel ugotowała wodę, aby zaparzyć swoje ulubione zioła na wieczór i usiadła starym zwyczajem w bujanym fotelu z książką, czekając aż napój będzie gotowy do wypicia.
Szuranie i chrobotanie w przedpokoju znaczyło, że ktoś w końcu wrócił. Staruszka dźwignęła się z fotela i dumnie podeszła, aby zobaczyć, co to za bezpańską pannicę przywlokła jej wnuczka.
– Coś ty mi przyprowadziła? – Arnel widząc stan Kaylan nie wiedziała, co ma z nią zrobić. Rozmawiać? Nakarmić łyżeczką? – Wygląda jakby jej ktoś mózg rurką przez ucho wyssał. Na nic się nie przyda. – Poklepała Kaylan, niezbyt delikatnie po plecach, a ta wyraźnie się skrzywiła i zgarbiła, ale tylko tyle. – Połóż ją dziecko, potem zastanowimy się, co dalej.

Kiedy Kaylan zasnęła był późny wieczór. 

środa, 17 maja 2017

Wstęp II



óźny wieczór.
Dziewczynka siedziała na łóżku wpatrując się w rąbek swojej czarnej sukienki. W pokoju było wystarczająco jasno, aby na nic nie wpaść i zbyt ciemno, aby czytać. Jedyne światło pochodziło od dwóch niewielkich kryształowych lampek, których blask rozjaśniał pomieszczenie srebrną barwą.
– Eillen. – Powiedziała cicho chcąc zatrzymać siostrę, która właśnie miała wychodzić.
– Tak? – Starsza dziewczyna popatrzyła na Amriees, była przygarbiona, wyglądała jakby właśnie chciała się skulić i zniknąć, zupełnie jak nie ona. Prawie zlewała się z ciemną pościelą swojego łóżka. Nastolatka przypuszczała, ze gdyby nie wiedziała o tym ze jej młodza siostra tam siedzi, to mogłaby jej nie zauważyć.
– Opowiesz mi? Ty zawsze pamiętasz, jak mama. – Jej głos był lekko zachrypnięty.
– Dobrze, spróbuję. – Stała jeszcze przez moment przy drzwiach, później usiadła po drugiej stronie łóżka, plecami do siostry. – Dobrze, więc…
– Ojciec był załamany. – Wtrąciła się jeszcze. – Bardziej niż wtedy.
–Tak. Słyszałam, że Illana chce opóźnić ślub ze względu na żałobę.
– Brat się zgodził?  – Spytała cicho, jakby z nutą nadziei.
– Nie wiem, nie podsłuchiwałam.
– A powinnaś. – Mruknęła młodsza z sióstr, przez chwilę wracając do dawnej siebie.
– Spieszą się. Wszyscy się teraz spieszą. – Westchnęła wbijając wzrok w kolana – I chcą trochę radości. Wszyscy jej chcą. Godzina radości. – Głos Eillen był wyprany z jakichkolwiek emocji, jałowy, ona cała wydawała się nie mieć teraz żadnych emocji.
– Nieprawdziwej. – Amriees rozumiała, ale jej nie chciała. To, że przez godzinę myśli wszystkich skupią się na czymś innym, to nic nie zmieni. Taka radość, jest pusta i ulotna. Jest jak zasłona dymna, jak mgła, prawda i tak przez nią przebija, wyłazi, rozrywając ją swoimi brudnymi pazurami. A kiedy kłamstwo całkiem się ulotni jest tylko żal i jeszcze więcej żalu.
Eillen odwróciła się żeby popatrzeć przez chwilę na zgarbioną siostrę. Wydawała się ani drgnąć.
– Tak. Nieszczerej. – Jeszcze przez chwilę wpatrywała się w odziane w czerń plecy. Oddychała, tylko tyle, aż tyle, znak, że nie stała się kamiennym posągiem. – Avaross tętniło kiedyś życiem. Było położone na wyspie na samym środku jeziora Lonue, a nie na wzgórzu na pustkowiu tak jak teraz. Przez taflę jeziora przebijały się kryształy, które nocą oświetlały okolicę. Na skraju wody, za dnia, rozkładały się stoiska kupców przybywających z wiosek. W Avagordzie nie było wtedy jeszcze ludzi.
Wysoki mężczyzna właśnie poprawiał kołnierzyk oglądając się w dużym lustrze. Wszystko musiało być idealne, cały strój, futro i postawa. Gdyby choćby pyłek, z pozoru nie ważny, znalazł się na jego ramieniu, musiałby go strząsnąć przed wyjściem z komnaty. Był wojownikiem, jak wszyscy, ale jednocześnie był też następcą tronu. Oni wszyscy mgli sobie chodzić ubabrani i zakurzeni, z sierścią nachodzącą zdecydowanie za głęboko na plecy, jak zwierzęta. Części z nich jeszcze to dotyczyło. Nie jego. Linia jego włosia kończyła się dokładnie tam gdzie powinna, na karku, a do tego przycinał ją w idealny trójkąt, od uszu w dół. Doskonale.
Zwiększał się ruch na korytarzach twierdzy. Zbliżało się bardzo ważne zebranie. Każdy feln, przybył dziś do Avaross. Król Ehmar zapowiedział zmiany. Zmiany, które wpłyną na życie każdego. Podobno nawet jego syn Onak, nie wiedział, co zamierza ojciec. Władca pilnie strzegł swojej tajemnicy. Poruszenie było ogromne. Większość pomysłów krążących między mieszkańcami zakładała sposób na zablokowanie przejść na zawsze, jakiś niesamowity wynalazek, lub może, ustępuje z tronu na rzecz swojego syna.
Miejsca, z których będzie widać główny balkon powoli się zapełniały. Nikt się nie przepychał, mimo że każdy chciał zdobyć jak najlepsze miejsce. Centrum słonecznego Avaross jeszcze nigdy nie gościło tylu osób jednocześnie. Główny plac, balkony i dachy, trochę ponad czterysta felnów.
– Przyjaciele! – Kiedy nadszedł odpowiedni moment król pojawił się na balkonie. Złote kosmyki, złote oczy, skóra o złotym odcieniu, tak prezentował się władca, jak słóńce. Za nim stała kobieta o ognistych rudych puklach, bursztynowych oczach i cerze, która w promieniach światła wydawała się mieć miedziane tony. Para królewska. – Mam wam coś niezwykle ważnego do przekazania. Zdaję sobie sprawę z tego, że możecie być tym zaskoczeni i wątpić. – Mężczyzna oparł się o kamienną barierkę spoglądając na tłum, jakby próbował złapać kontakt wzrokowy z każdym po kolei – Wątpić w to, że to dobry pomysł. Ale musicie mi uwierzyć. Nie mamy innego wyjścia! – Spuścił na wzrok, aby za chwilę go podnieść i przemawiać z większą mocą. – Wszyscy doskonale wiemy, że jest nas niewielu. Nasi przodkowie, pradziadowie i dziadowie przybyli tutaj, do Avagordu, aby zacząć od nowa. Aby stworzyć coś nowego. Nasza nowa ziemia okazała się jednak… nie być tak bezpieczna jak sądziliśmy. Spoczął na nas obowiązek, a po części i kara. Pierwsza era dobiega końca.
– Ich król sobie wymyślił, że sprowadzi ludzi. Często prosiłam mamę żeby opowiadała mi tylko ten fragment. – Amriees przerwała opowieść swojej starszej siostry i w końcu się poruszyła. Opadła na poduszki i wbiła wzrok w sufit.
– Wiem. Dlaczego właśnie ten? Jest twoim ulubionym? – Eillen położyła się obok niej, teraz przynajmniej mgły mieć ze sobą jakiś kontakt.
– Nie. Nie lubię go.  – Powiedziała pewnym, na tyle na ile było ją stać, tonem.
– To czemu?
– To ich wina. To oni nam to zrobili. – Przetarła wierzchem dłoni oczy i pociągnęła nosem.
– Przecież gdyby nie oni wcale by nas nie było.
Amriees wstrzymała na moment oddech. Łzy napływały jej do oczu. Nie chciała płakać przy innych, ale przy siostrze mogła.
– Przepraszam. – Starsza siostra przytuliła jedenastolatkę. Sama nie zdawała sobie sprawy z tego, co mówi. Wyszło jej jakoś samo. To była zupełnie logiczna odpowiedź. Logiczna, ale nieprzemyślana. Prawdziwa, ale nieodpowiednia.
– Opowiadaj już dalej. – Chciała usłyszeć do końca opowieść, którą dobrze znała.
– Król wygłosił te mowę. Zdecydował, że odpowiedzią na zmniejszającą się liczbę felnów jest sprowadzenie ludzi ze światów korony. Tak chciał uratować Avagord, który uważał za mur pomiędzy ludźmi, a cathami.
– Wszyscy jesteśmy wojownikami! Mężczyźni, starcy, kobiety i dzieci. Ale nie walczymy o lepsza przyszłość dla nas. Walczymy o lepszą przyszłość dla tych wszystkich nieświadomych ludzi, którzy nie mają pojęcia o tym, co się dzieje! Oni nie czują! Doskonale o tym wiem.  Dlatego potrzebują naszej pomocy – zatoczył dłonią półkrąg wskazując trochę na niebo, a trochę na miasto. – Jak sądzicie, kiedy dowiedzą się, że coś im zagraża będą chcieli wziąć sprawy w swoje ręce? Miejmy nadzieję, że tak i że właśnie tutaj.  Muszą chcieć walczyć dla przyszłych pokoleń, dla swoich rodzin, które tam zastaną.
Rozległy się krzyki. Tłum zareagował. Nie była to reakcja świadcząca o zadowoleniu, ale jedna osoba była wyjątkowo wzburzona. Onak. Wyraz jego twarzy powoli przeistaczał się z szoku we wściekłość i obrzydzenie. Nie zamierzał ingerować podczas wystąpienia ojca, to nie lud trzeba było przekonać, że to zły krok, tylko ojca. Ojca, który chciał sprowadzić na ich ziemię szczury. Na ziemię, która należy do nich od niedawna, w której jeszcze nie dążyli się zadomowić, ale może za pokolenie, albo dwa. Ludzie, szczury, gnidy i karaluchy.
– Ojcze. – Onak stanął na drodze króla, kiedy ten tylko wszedł do środka. – Nie rozumiem, dlaczego chcesz to zrobić. – Rozumiał doskonale, ale się z tym nie zgadzał.
– Synu doskonale wiesz, że jesteśmy tu, aby chronić ludzi przed cathami, jesteśmy strażnicą. Kiedy nas zabraknie sami będą musieli się bronić.
– Ojcze, wiem, że uważasz, że nasze przejście do Avagordu otworzyło potworom drogę do tego świata i tym samym do dalszych światów, ale…
– Nic nie wiesz synu. Nic. – Ehmar był wyraźnie zawiedziony, pychę swojego dziecka uważał za osobistą porażkę, największą porażkę w swoim życiu.
– Więc mi wytłumacz! – Książę zacisnął dłonie w pięści, nie był w stanie dłużej kamuflować swojej złości.
– Nie podnoś głosu, pamiętaj, z kim rozmawiasz! – Mocny głos króla dudnił w murach twierdzy – I zapamiętaj, przeszłość nie ma znaczenia. Ważne jest to, co teraz i to co będzie. Matka została na balkonie, możesz jej potowarzyszyć. – Ehmar wyminął młodzieńca i ruszył przed siebie.
– Traktujesz mnie jak dziecko. – Irytacja młodego mężczyzny wydawała się wylewać z jego ciała i ściekać na podłogę.
– Jesteś dzieckiem.
– Musimy walczyć o naszą przyszłość! – Chłopak krzyknął z całą mocą, jaką tylko odnalazł w swoich płucach. – Naszą!
– Nie ma już dla nas przyszłości. Przeszłość nas dogniła. Zauważ jak trudno jest zaaranżować małżeństwo tak żeby para nie była ze sobą zbyt blisko spokrewniona i jednocześnie niebędące dramatycznym mezaliansem.
– Mamy… – Jego twarz wykrzywiło obrzydzenie tak wielkie jakby ojciec zasugerował mu taplanie się w gównie – krzyżować się z nimi?
Król zaśmiał się pobłażliwie, ale nie odwrócił nawet w stronę syna.
– Nie Onaku, my umieramy, to nie sposób na urozmaicenie puli genetycznej. Chociaż… – Zaśmiał się po raz kolejny – oczywiście nikomu niczego nie mam zamiaru zabraniać. Masz zamknięte oczy chłopcze, zamknięte. – Mężczyzna nie miał już zamiaru dłużej słuchać bredzącego dziecka, kiedyś się nauczy, taką miał nadzieję.
– Eillen, mogę ci o czymś powiedzieć? – Amriees przyjrzała się siostrze uważnie, próbując przebić się przez półmrok.
– Jasne.  Nikomu nie powiem, przyrzekam. – Siostrzana obietnica obwiązywała zawsze.
– Zastanawiałam się kiedyś czy dałby się je oswoić. – Ten szalony pomysł zrodził się w jej młodej główce całkiem niedawno, ale nikt nie próbował przecież.
– Oswoić? Je, cathów? – Eillen była zaskoczona, trochę na siłę, z zasady, nic nie czuła poza tym przerażającym odrętwieniem i zimnem.
– No tak. Felnowie z nimi walczyli, my z nimi walczymy. Ciągle tylko walczymy, ciągle tylko nie zapuszczajcie się do lasu. Szczególnie uważajcie o świcie i o zmroku. – W jej głosie dało się słyszeć zniecierpliwienie, za dużo zakazów, kiedy będzie koniec zakazów. – Można by je łapać i tresować.
– Chciałabyś zrobić z bestii jedzących ludzi zwierzęta domowe? My nawet nie trzymamy piesków jak ludzie poza Avagordem. – Pomysł trzymania w domu zwierząt wydawał jej się dziwny, absurdalny, nawet zwierzętom hodowlanym trzeba było zapewnić tyle wolności ile tylko się da.
– Ale czemu nie? Podobno różne zwierzęta da się oswoić. Jeśli można trzymać ptaki, te kolorowe… – uciekła jej z głowy nazwa tych barwnych stworzeń, nie mieli ich w Avagordzie. – Można je nauczyć mowić.
– Ale cathowie to nie zwierzęta, to dziwne potwory z innego świata. Amriees, skąd ci wpadł taki pomysł? – Jej siostra nigdy nie miała takich pomysłów, nie zastanawiała się jak naprawić świat.
– Gdyby je wytresować to może już nikt więcej by nie zginął.  – Dziewczynka skuliła się przytulając do swojej starszej siostry – Mama by nie zginęła. – Ściszyła głos do szeptu tak cichego, że trudno było ją zrozumieć.
– W jednej chwili otwarto setki przejść, sprawdzono ludzi z każdego świata, do którego udał im się przedostać. Mieli różne kolory skory, mówili różnymi językami i wszyscy bez wyjątku byli dobrymi ludźmi, którzy chcieli coś zrobić. Uwierzyli. Na początku zamieszkali w Avaross. Zrobiło się tam jednak niezwykle ciasno, a do tego nie wszyscy felnowie byli zadowoleni z takiego sąsiedztwa.
– Nie dziwię im się. Też bym się nie cieszyła gdyby kazali mi mieszkać z obcymi.
– Ja też nie, do tego król postanowił sprowadzić zwierzęta, gatunki najbliższe tym z Avagordu.
– Zwierzęta dogadały się ze sobą lepiej niż ludzie i felnowie.
– Dlatego rozproszono nas po wioskach, a mężczyźni zaczęli budować nowe miasto, miasto dla ludzi. Ale to nie wystarczyło synowi króla, nie mógł pogodzić się z tym, że istoty, którymi gardzi żyją w ich sąsiedztwie. Uknuł spisek, zebrał sojuszników i postanowił wystąpić przeciwko ojcu. Wyzwał go na pojedynek o władzę, przegrał i wtedy ukryty łucznik strzelił do króla. Rozpętała się wojna pomiędzy wiernymi władcy, a wspierającymi Onaka.
– I ta ich wojna zniszczyła ich miasto. Mama mówiła „rozłam felnów rozłamał Avaross”. Krew zabawiła Jezioro Lonue na czerwono, kryształy powoli stawały się czarne a potem zaczęły się rozsypywać, w proch.
– Tak, a ci, którzy przeżyli przerazili się. Zamieszkali z ludźmi i pomogli przy budowie. Już zawsze pamiętali to, co się stało, jak ich dom został zniszczony i to ze sami się do tego przyczynili. Po kilku latach odeszli, nagle, jednego dnia, każdy feln, część z nich zostawiła swoje nowe rodziny. Może mają gdzieś nowy dom, w innym świecie, albo zostali w Avagordzie i ukryli się w cieniu godząc z tym, że sami zakończyli swoje istnienie. – Dziwiło ją to jak wiele słów matki była w stanie dosłownie powtórzyć, jakby odczytywała je z książki. 
– Jak myślisz to się kiedyś skończy? – Ciągłe myślenie o przetrwaniu przerastało jedenastoletnią dziewczynkę.
– Ta wojna? Mam taką nadzieję. Musimy wierzyć, że wszystko będzie dobrze. Wynalazcy ciągle wymyślają coś nowego.
– Zostaniesz ze mną? – Amriees bardzo nie chciała być sama, bała się, że kiedy tylko Eillen wyjdzie, to zniknie na zawsze, ja mama.
– Tak. Musimy się trzymać razem nie? Chociaż czasem. – Przytuliła siostrę mocniej. Chociaż prawda do niej jeszcze nie dotarła i miała wrażenie, że wszystko, co się dzieje jest snem, to wiedziała, że nie jest i że jej siostrzyczka potrzebuje wsparcia.
– Znajdę sposób żeby je wytresować. Zobaczysz. – Nagle narodziła się w niej determinacja tak ogromna jak jeszcze nigdy. Teraz, właśnie w tej chwili.
– A ja wynajdę wehikuł czasu. – Rzuciła pewnie, kryjąc z całej siły nutę rozbawienia.
– Nie wierzysz we mnie. A przed chwilą powiedziałaś, że musimy się trzymać razem. – Spodziewała się takiego ciosu, dogryzanie sobie tkwiło głęboko w ich naturze.
– Tak powiedziałam i wierzę w ciebie przecież, nie wierzę w to, – zawahała się – coś. Zresztą, jesteśmy dziećmi, masz jedenaście lat, ja czternaście. Co my możemy?
– Ale kiedyś dorośniemy.
– Więc jak dorośniesz chcesz oswoić catha?
– Tak.
– Mam propozycję. Taki zakład, postanowienie. Ty w przyszłości oswoisz catha, a ja zajmę się wzrostem roślin.  – Te dwie rzeczy były prawie równie nieprawdopodobne, zadanie Amriess jednak nieco bardziej. Cóż, najtrudniejszej misji i tak postanowił podjąć się ich brat.
– Ty? Przecież ty jesteś najgorzej wyczuwającą energię osobą, nie wiem, na świecie! – Mała księżniczka uważała inaczej niż starsza. Była pewna, że uda jej się kiedyś wytresować bestię, ale Eillen w życiu nie nauczy się zajmować roślinami. Niemożliwe.
– Ty mała paskudo!
– Ale to prawda. Nic nie czułaś nad jeziorem. Nic. Nawet kamień czuje więcej niż ty.
– A ty czułaś łaskotki. Wiem. Pamiętam.
Klęczał obserwując zwłoki dryfujące po krwawym jeziorze. Przez moment pomyślał, że gdyby nie on, to ta masakra nie miałaby miejsca. Szybko jednak przepędził tę natrętną muchę z głowy. Wszystko było winą jego upartego ojca. Chciał zniszczyć ich przyszłość i zrobił to. Trzeba było odesłać ludzi, albo wcale ich nie sprowadzać.
– Onaku. – Głos mężczyzny, który podszedł do księcia, drżał. – To już koniec. – Wyciągnął dłoń do klęczącego.
– Urianie. Byłeś moim najlepszym przyjacielem. Wychowaliśmy się razem, jak bracia. – Chwycił rękę przyjaciela pewnie.
– Dalej nim jestem. Mimo wszystko. – Uścisnął ramię przyjaciela pokrzepiająco.
– Stałeś się zdrajcą. – Szybkim ruchem wbił ostrze miecza w brzuch zaskoczonego mężczyzny. – Śmiałeś stanąć przy boku mego ojca! Odwrócić się ode mnie! – Z uśmiechem na ustach przekręcał ostrze i wsłuchiwał się w dźwięk masakrowanych organów. – Stałeś się głupcem podążającym za władcą, zamiast za dobrą, jedyną właściwą sprawą. – Wstał i wyciągnął ostrze z dawnego przyjaciela. Mięśnie Uriana odmówiły mu posłuszeństwa i runął do jeziora, dołączył do innych. – Zdradziliście swoich braci i siostry. Wszyscy. 

Wstęp I

\



zasy były trudne, niepewne i zdecydowanie niebezpieczne. Ale były takie przecież od lat. Za życia dziadów i pradziadów działo się dokładnie tak samo. A nawet gorzej. Ludzie są kreatywni, jeśli chodzi o wymyślanie sposobów na obronę swoich ziem. Po prostu trzeba dbać o to, aby dzieci nie zapuszczały się same do lasu. Ani nawet na jego skraje.
Była małą dziewczynką, ledwie dziesięcioletnią. Jej czarne, długie loki ściśnięte w idealnym warkoczu, właśnie targała drobna dłoń. Na ogół spokojna, spojrzała na młodszą siostrę, która powoli doprowadzała ją do szału. Bardzo powoli. Zmarszczyła brwi, a przez myśl przemknęło jej, że mogła zostawić krnąbrnego dzieciaka w domu.
– Eillen! Eillen! – Szarpnęła mocniej starszą siostrę za włosy, wyraźnie miała po dziurki w nosie bycia ignorowaną. – Dlaczego mi nie odpowiadasz?
– Przecież mówiłam ci jeszcze przed wyjściem, że nie dokładnie wiem, kiedy wraca. Bo skąd mam wiedzieć? Więc teraz nic nie mówię. – Zachowała spokojny ton, mimo coraz większego rozdrażnienia. Tak uczyła ją mama, zawsze o tym pamiętała. Nie wolno okazywać złości. Złość przyćmiewa osąd, tak mówiła.
– Ale Eillen… – Młodsza z sióstr miała za to gdzieś mamine nauki. Była przecież księżniczką, a księżniczce wszystko wolno. Nawet, jeśli w grę wchodzi zamach na włosy innej księżniczki.
– Amriees – ucięła na moment. – Musimy jeszcze chwilkę zaczekać, na pewno zaraz wróci. Za dwie godziny ma lekcje w bibliotece, nigdy się nie spóźnia.
Dziewczynka, której zmierzwione loczki żyły własnym życiem, wydęła rumiane policzki z niezadowolenia.
– Nigdy tego nie zrozumiem. – Zadarła dumnie brodę w górę. – Zostanie królem, po co ma się uczyć? Służba będzie robić wszystko za niego.
Eillen prychnęła pod nosem. Jak miała wytłumaczyć swojej młodszej, głupiutkiej siostrze, że król nie może być słabszy i gorzej wyedukowany od swoich poddanych? Nic do niej nie docierało.
– Nasz brat stara się, aby już teraz ludzie darzyli go szacunkiem. Tak jak… – Nie zdążyła skończyć, młodsza dziewczynka weszła jej w słowo.
– Bla, bla, bla. On gada tak samo.
– Bo to prawda! – Tupnęła nóżką odzianą w delikatne, brązowe buciki. Miała się nie denerwować, ale jeśli chodziło o podważanie słów jej brata... Musiała ich bronić z całych sił.
– Będzie królem, i tak będą musieli go szanować! Bo tak! Bo inaczej każe ich wszystkich wtrącić do lochu! – wygłosiła dumnie Amriees.
– Jesteś głupia – stwierdziła starsza z sióstr, gdy zabrakło jej sił i argumentów na dalszą dyskusję z młodszą. Chociaż uznanie swojego rozmówcy za głupszego jest doskonałym argumentem na podważenie jego zdania, prawda?
– Ty jesteś głupsza – odgryzła się siedmiolatka.
– Znowu się kłócicie? – Rozbawiony głos, dochodzący z niewielkiej odległości, zwrócił uwagę dziewczynek. Ta mała, acz niezwykle ważna sprzeczka tak je pochłonęła, że nie zauważyły brata, na którego czekały. Eillen pojaśniała natychmiast, była wpatrzona w Ylayana jak w obrazek. Kiedy dorośnie, chciała być taka, jak on. Mądra, silna i powszechnie lubiana. Z Amriees sprawy miały się nieco inaczej. Uważała, że starszy brat traci czas, który mógłby przeznaczyć na zabawę. Na przykład z młodszymi siostrami. Dlatego też na widok przybysza skrzywiła swoją twarzyczkę.
Przyszły król był w wieku, w którym tylko krok został mu do stania się domorosłym mężczyzną. Miał lekko pociągłą, szlachetną twarz i jasnoniebieskie oczy. Wykapany ojciec. W przeciwieństwie do czarnych włosów swoich młodszych sióstr, chłopak posiadał ciemnobrązowe, które obecnie były nieco zmierzwione.
Kiedy ujrzał dziewczynki, stojące tuż przed bramą miasta, pożegnał się ze swoim nauczycielem strzelectwa i nie kazał im już dłużej czekać. Były jednak tak zajęte ubliżaniem sobie, że zdecydowanie mógł poczuć się zignorowany. Nie przeszkadzało mu to jednak. Zawsze bawiło go zaangażowanie w te drobne z pozoru sprzeczki. Oczywiście wiedział, że dla nich to była sprawa życia lub śmierci.
– Nie kłócimy się – zaprzeczyła starsza z sióstr. – Po prostu ona nie ma racji. – powiedziała pewnie, nie zerkając na Amriees nawet na sekundę.
– Dlaczego tak długo cię nie było, bracie? – spytała młodsza, wyglądało na to, że postanowiły się ignorować.
– Długo? – spytał rozbawiony. – Wcale nie długo. Ale gdybym wiedział, że dwie księżniczki na mnie czekają, na pewno bym się pospieszył. – Poczochrał obie czarne czupryny i zaczął iść w stronę zamku.
Dziewczynki wyjątkowo zgodnie zrobiły niezadowolone miny, kiedy brat postanowił zaingerować w ich fryzury.
Podążyły za chłopakiem prawie w ciszy. Tylko przez moment dało się słyszeć jakieś niezrozumiałe pomruki, których treść były w stanie zrozumieć tylko i wyłącznie one. Łatwo było jednak domyślić się, że usiłują nawtykać sobie nawzajem i przekonać, że słowo jednej jest ważniejsze i bardziej prawdziwe, niż drugiej.
Spacer najmłodszych członków rodziny królewskiej po głównych ulicach Nakaross przyciągał spojrzenia. Raczej dyskretne, towarzyszyły im ciche szepty. Nie wypadało się gapić, nie wypadało zaczepiać. A do tego, zjawisko to nie było aż tak egzotyczne, żeby każdy mieszkaniec musiał być jego świadkiem. Prędzej czy później znowu będzie można zauważyć wracającego z treningu księcia w towarzystwie nauczyciela i młodych strażników, lub swoich sióstr. Ba! Czasem nawet da się spotkać członków rodziny królewskiej na targu lub w parku, co jeszcze za czasów poprzedniego króla było nie do pomyślenia – ograniczał on kontakty z ludem do okazji oficjalnych. Obecnie coś takiego się zdarza, władcy przestali być dla mieszkańców prawie jak nieziemskie istoty, które nie kalają się poprzez stąpanie po ziemi.
Najpierw otwarły się metalowe wrota, mechanizm działał bezdźwięcznie. Ich skrzydła były zdobione pięknymi florystycznymi wzorami. Metalowymi pnączami, których pączki miały niedługo rozwinąć się w piękne kwiaty i świeże listki, niby żywe. Metal, z którego wykonane były te bajeczne skrzydła drzwi, był wyjątkowy, jeśli chodzi o jego wygląd. Jasny, czysty kolor, pomiędzy srebrem, a błękitem. Idealnie gładki, jakby kryształowy. Miało się wrażenie, że jeśli będzie wpatrywać się odpowiednio długo, zobaczy się to, co znajduje się za nim. To wizualne wrażenie przezroczystości, pokrycia warstwą szkła lub cienką taflą idealnie czystej wody, było unikatowe. Jedyny taki na tym świecie i nie tylko, choć prawda jest taka, że występował dość powszechnie. Pewien problem pojawiał się przy jego obróbce. Wielu ludzi zajmuje się sposobem na usprawnienie tej czynności. Z tego powodu właśnie, wrota stały się dziełem nauki i sztuki, powstałym w trudach i bólach.
Za pięknymi wrotami znajdowały się kolejne, otwarte już od wewnątrz przez milczących strażników, których głowy zasłaniały kaptury. Te drzwi były już mniej ozdobne, z ciemnego, prawie czarnego drewna, z wzorem tworzącym ramę, nawiązującym do metalowych wrót.
Dom. Tak myślała o tym wzbudzającym respekt miejscu trójka rodzeństwa. Yalayan zmierzał prosto do jadalni, w której posiłki spożywała jego rodzina. Założył, że prawdopodobnie czeka tam ich matka, w końcu to nie był pierwszy raz. Do obiadu była jeszcze chwila, a dwie małe księżniczki musiały doprowadzić się do porządku. Nikt poza tą kobietą nie miał wystarczającej mocy przekonywania, aby nad nimi sprawnie zapanować. O ile Eillen sprawiała niewiele kłopotu, była rozsądną, nadzwyczaj dojrzałą dziewczynką, o tyle Amriees miała wyjątkowo silny charakter i była przekonana o swoich racjach. To jej słowo było najważniejsze, a na ogół było zupełnie inne niż to, które wypowiadał ktoś inny.
W jasnym pomieszczeniu o dość minimalistycznym wystroju, w którym poza stołem otoczonym wygodnymi krzesłami i pokaźnych rozmiarów kredensem znajdowało się sporo roślin, siedziała kobieta. Białe zasłony nie przysłaniały okien, były maksymalnie rozsunięte i ocieplały wnętrze, przykrywając dość surowe kamienne ściany. Kobieta, której brązowe włosy spływały grubymi falami po ramionach, miała na sobie długą, dość prostą i oszczędnie zdobioną suknię w jasnoniebieskim odcieniu. Tkanina już na pierwszy rzut oka wydawała się droga. Dłuższe przypatrywanie się mogło tylko utwierdzić w tym przekonaniu. Taki materiał nie potrzebował wielu dodatków. Właścicielka sukni prezentowała się bardzo elegancko i z niezwykłą klasą. Jej spokojne oczy wpatrywały się z zamyśleniem w okno.
Czekała.
Ciche pukanie do drzwi zakłóciło idealny spokój.
– Wejść – odezwała się spokojnym, acz donośnym głosem.
Próg przekroczyła skromnie, ale schludnie ubrana kobieta.
– Wasza królewska mość, za pozwoleniem. – Siedząca skinęła głową. – Chciałabym przekazać, że książęta wróciły do zamku i zmierzają do jadalni.
– Dziękuję za informację. Możesz zająć się już czymś innym, poradzę sobie sama.
– Jak sobie pani życzy.
Emora nie mogłaby nazwać się królową, gdyby nie potrafiła zapanować nad własnymi dziećmi. Nikt nie darzyłby jej wtedy szczerym szacunkiem. Dzieci wchodzące na głowę lub odsyłane na wychowanie innym nie są niczym, czym można by się chwalić, a władca, jako osoba publiczna, nie powinien być zmuszony do okłamywania poddanych z powodu niegrzecznych książątek, prawda? Pewnie niewiele członków arystokratycznych rodów przyznałoby jej rację, ale ona została wychowana przez matkę i ojca, dla niej byli największymi autorytetami. Jej mąż także był nieco zmieszany, kiedy po narodzinach syna odesłała wszystkie mamki, nianie i opiekunki, które miały zajmować się królewskimi dziećmi, do kuzynów dalszych i bliższych, a także zupełnie innych pożyteczniejszych, według niej, zajęć.
Po chwili do pomieszczenia weszły wcześniej wspomniane książątka. Na przedzie dwie dziewczynki. Młodsza, z twarzyczką o lekko podłużnym kształcie, uderzająco podobnym do brata i ojca, była wyjątkowo naburmuszona i zła. Druga buzia, o sercowym kształcie i wysokich kościach policzkowych, była bardziej ponura i zrezygnowana. Za siostrami stał ich starszy brat, którego rozbawienie zaistniałą sytuacją skutecznie ukrywało zmęczenie po treningu. Pewnie chętnie wytargałby ich fryzurki, żeby jeszcze troszkę im dokuczyć.
Kobieta zmierzyła całą trójkę krytycznym wzrokiem. Już wiedziała wszystko.
– Znowu się pokłóciłyście. O co tym razem? – Jej głos był łagodny, nieco znudzony.
– To nie ja! To ona! – wykrzyknęła Amriees tupiąc nóżką.
– Nieprawda – zaprzeczyła stanowczo Eillen. Nie podniosła głosu w przeciwieństwie do siostry, przy matce nigdy by się nie odważyła.
Kobieta westchnęła cicho, kiwając głową z dezaprobatą.
– Ylayanie? Udało ci się coś z tego zrozumieć? – spytała syna, cały czas obserwując panienki. Wyduszenie z nich czegoś graniczyło z cudem.
– Niestety, matko, kiedy wracałem, spotkałem je pod główną bramą, już się kłóciły. I to jak! – Położył dłonie na swoich bokach, cały czas się uśmiechał.
Emora oparła brodę o swoją pięść.
– Dobrze. Jeśli nie chcecie zdradzić, o co wam poszło… Bo nie chcecie? – Popatrzyła na swoje córki przez chwilę, dając im szansę. Nie wyglądały na chętne, aby skorzystać. – To macie się przeprosić, inaczej nici z poobiedniej wycieczki nad jezioro.
– Ale mamo! – podniosła, nieśmiały tym razem, bunt młodsza córka. – Nie przyznam jej racji. – Pokręciła energicznie głową podkreślając swoje słowa, a jej włosy ułożyły się niczym lwia grzywa czesana na wietrze.
Starsza z dziewczynek postanowiła jednak wyjść z inicjatywą. Po pierwsze była starsza, więc mądrzejsza, to przecież oczywiste, jasne jak słońce i jezioro Neemue podczas pełni księżyca. Głupszym się ustępuje. A poza tym, nie chciała narażać wycieczki. Nie mogła uwierzyć, że to już dziś. Tak nagle. Poczuła w prawdzie, że to trochę niesprawiedliwe. Liczyła, że odwiedzi to ważne miejsce bez Amriees. Ze swoimi rówieśnikami. To było niesprawiedliwe!
– Przepraszam. Nie powinnam cię tak nazywać. – A po chwili dodała jeszcze: – Każda z nas może mieć swoje zdanie.
Mały rozczochraniec zmierzył Eillen groźnym wzrokiem. Nie mogła przeżyć tego, że jej siostra tak grzecznie ustępowała matce. Nie miała zamiaru nikogo przepraszać, bo uważała, że ma rację. Trzeba było bronić swojego zdania. Wiedziała też, że stojąca obok dziewczynka jest tak samo pewna własnych słów. Te przeprosiny to składanie broni, do tego nieszczere i na pokaz.
– Lizuska – burknęła.
– Amriees. Siostra wyciąga do ciebie rękę. – Głos królowej stał się bardziej stanowczy. – Ale dobrze. Wycieczka uratowana. Będzie po obiedzie. A teraz wracajcie do swoich pokojów, przebierzcie się szybko. Ylayan musi jeszcze zdążyć na lekcję.
– Idziemy, bąbelki. – Brat położył dłonie na czubkach ich głów. Nie mógł się doczekać. Nie trzeba przypominać, że bardzo tego nie lubią. Jeszcze to przezwisko. Ugh.
W końcu to księżniczki.
Ihayas i Emora zasiadali przy stole obok siebie. Ich krzesła różniły się od reszty naprawdę niewiele. Oparcie było nieco wyższe – kończyło się prawie równo z czubkiem głowy króla i tylko nieco powyżej głowy królowej. Po prawej stronie stołu, obok króla, siedziały jego dzieci, w kolejności od najstarszego do najmłodszego. Dalej młodszy brat króla z ciężarną żoną i jego niezamężna siostra. Naprzeciw królewskiej pary siedziała siwiuteńka kobieta. Była prosta niczym struna, niejedna młódka zazdrościłaby jej postawy, a kobiety w średnim wieku siły i kondycji. Jednak wzrok królowej matki zdradzał, ile miała doświadczenia, wiedzy i ile przeżyła. Być może zbyt wiele.
Atmosfera podczas obiadu była bardzo przyjemna. Podczas oczekiwania na deser, król rozmawiał ze swoim synem na temat tych nowych strzał szanownego Iniuriusa, nieco zbyt oderwanego od rzeczywistości konstruktora i wynalazcy, uważającego się za najwspanialszego naukowca i potomka Felnów w prostej linii. Kto by tam traktował wymysły jego chorej głowy poważnie? Niektórzy podejrzewali, że mimo w końcu nie takiego zaawansowanego wieku, jego umysł posiada już jakąś dziwną, starczą chorobę. Królowa wdała się w dyskusję z kobietami o wizjach tej nowej widzącej, Niry. Odkąd wybiegła z biblioteki, krzycząc o potokach krwi spływających ulicami dawnego Avaross i podpływającymi aż ku bram Nakaross, zrobiło się wokół niej głośno. Niektórzy uważali, że wymyśliła sobie to wszystko, żeby trzy głowy zgromadzenia przyjęły ją do grona siedmiu głównych widzących, degradując inną członkinię lub, może, żeby została wysłana do Posyross, jako główna widząca, w końcu tam instytucja zgromadzenia nie ma jeszcze ostatecznego kształtu. W każdym dużym mieście są przynajmniej trzy, tamtejszy Shyete musi mieć ich wsparcie, wszyscy to wiedzą. Babcia z kolei usilnie próbowała porozmawiać ze swoimi wnuczkami. Wyglądało to jednak dość zabawnie, gdyż siostry usilnie próbowały się ignorować, jednocześnie nie wchodząc sobie w zdanie, bo nie wypada, a Ygrit ignorowała fakt, że one ignorują siebie. Zjawisko niezwykłe. Wszyscy się ignorują, jednocześnie prowadząc rozmowę.
***
Poruszenie, napięcie i strach. Na zamkowych korytarzach co chwilę przebiegali jacyś posłańcy. Każdy z nich dostał niezwykle ważne zadanie i wiedział, że musi wykonać je jak najszybciej się da. Wszystko musiało działać idealnie, jak maszyneria Posyross. Z jednej z komnat dało się słyszeć przejmujący lament i szept, próbę pocieszenia. Drzwi były otwarte, ale nikt nie wchodził, nikt by nie śmiał w takiej chwili. Nieliczni zwalniali, przechodząc obok nich, aby nie przeszkadzać tupaniem.
Wszystko zaczęło się dosłownie chwilę temu. Kiedy rodzina królewska w spokoju kończyła swój deser, nie przejmując się niczym, do pomieszczenia wpadł jeden ze strażników, podtrzymując słabego i rannego mężczyznę.
– Wasze królewskie mości, posłaniec cudem dotarł do bram miasta! – wykrzyknął z wyraźnym drżeniem w głosie.
– Selemora zaatakowana, zniszczona. Oni idą na rzekę. Zrównają z ziemią resztę wiosek, za dużo, nigdy tylu nie widzieliśmy. Merion już odpiera ataki, stamtąd przybyłem. – Każde słowo wypowiadał z ogromnym trudem, czasem chrząkał, stróżka krwi popłynęła z kącika jego ust.
Król zerwał się z krzesła, uderzając w stół, królowa natomiast nagle zbladła. Szok malował się na twarzach obecnych. Tylko dziewczynki nie do końca zdawały sobie sprawę z tego, co się właśnie stało.
– Odprowadźcie go do medyków – zaczął stanowczo król – wyślijcie oddziały do wszystkich wiosek przyrzecznych. W pierwszej kolejności posiłki do Merionu. Trzeba przeprowadzić ewakuację. Ocalałych z Merionu przetransportować do Lunos, i to będzie pierwsza grupa ewakuowanych. Wszyscy mają trafić najpierw do Lugross, a tych, którzy nie będą potrzebować pomocy medycznej, trzeba od razu przetransportować do Posyross. – Mężczyzna był wyraźnie zdenerwowany, ale w tej chwili doskonale radził sobie z zachowaniem zimnej krwi, jakby do tego się urodził. Jego ton był twardy i stanowczy. Rozkazy musiały zostać wykonane, inaczej nikt nie ocaleje. – Mniej ludzi trzeba wysłać do Demero, Belenii i Hesto, ale ich droga będzie taka sama. Zapamiętałeś? – zwrócił się do strażnika, pytanie było tylko dla zasady. Jakakolwiek opieszałość w tej chwili skończy się tragicznie.
– Oczywiście, wasza królewska mość!
– Wiesz, gdzie masz iść. I przyślijcie mi tu, do cholery, kilku posłańców! – Ihayas był w stanie prawie zobaczyć, co działo się w wioskach. A wyobraźnia podpowiadała mu, co jeszcze nastąpi. Zdawał sobie jednak sprawę, że musi chrzanić wyobraźnię. To nie był dobry moment na tracenie głowy.
– Tak jest! – Strażnik wyszedł czym prędzej, prowadząc rannego.
– Kochanie. – Emora położyła dłoń na dłoni męża, ale wcale nie miała zamiaru go uspokajać. – Trzeba powiadomić żonę kapitana Simora. Przebywał w Selemorze.
– Tak, oczywiście. Twoja kuzynka musi o tym wiedzieć. Dwa tygodnie temu wzięli ślub. – Mężczyzna opadł ciężko na krzesło.
– Idę. – Kobieta od razu ruszyła z  miejsca.
– Ojcze? Czy coś takiego miało już miejsce? – Ylayan czuł się zagubiony, pojedyncze ataki zdarzały się ciągle, ale nigdy nie zaatakowano miast i wiosek. Cathowie nigdy nie podchodzili do większych zbiorowisk ludzkich.
– Od lat nie. – Król przez chwilę patrzył w oczy swojego syna, nawet nie mrugnął, a jego spojrzenie było puste, jakby w rzeczywistości znajdował się zupełnie gdzieś indziej. – Mamy wojnę.
Kilka oddziałów wojsk przekroczyło bramy Nakaross. Część z nich była uzbrojona w prototypowe egzemplarze broni. Póki co, były one najskuteczniejsze przeciwko bestiom, z którym przyjdzie się im zmierzyć. Wózki terenowe ruszyły głównymi traktami. Pokrzykiwania dowódców ucichły, gdy tylko pojazdy zniknęły z pola widzenia ewentualnego obserwatora przy bramie. Istniała szansa, że zostaliby usłyszani, a tego lepiej było uniknąć. Ludzie potrzebują jak najszybszej pomocy. Im mniej walk po drodze, tym lepiej.
Kilka godzin później wszystko było już zorganizowane, dopięte na ostatni guzik. Wojsko przeprowadzało ewakuację, a plan wzmocnienia obrony był w trakcie wdrażania. Ihayas, wraz z wiekowym mężczyzną w stroju żołnierza, zbyt starym by walczyć, ale wystarczająco doświadczonym, by udzielić niezwykle cennej rady, stali nad stołem pokrytym mapami i planami, umieszczonym w sali tronowej.
Rozległo się głośne pukanie.
– Wejść!
Przez drzwi przeszedł młody mężczyzna. Posłaniec.
– Wasza królewska mość. – Skłonił lekko głowę. – Grupa z Dano znajduje się już w drodze do Porysoss, nikt nie jest ranny. Grupy z Demero, Belenii i Hesto właśnie minęły Nakaross i zmierzają do Lugross. Podobno do Merionu dotarło kilkoro ocalałym z Selemory…
– I wszyscy trafili do Lunos – wtrącił się król. – Rozumiem, że są już w Posyross, to miał być pierwszy transport. – Nie odrywał wzroku od map.
– Nie, wasza wysokość. Ewakuacja Lunos przebiegła bez zarzutów, na pewno przekroczyli rzekę. Ale zniknęli.
– Co!? – Coś dziwnego wymalowało się na twarzy króla. To nie był strach ani złość, a jakaś dziwna mieszanka, między innymi tych emocji. Zimny dreszcz przebiegł po plecach młodego posłańca. Przeraził się.
– Wasza królewska mość! – Chłopak spuścił wzrok, nie mogąc znieść spojrzenia władcy. – Kiedy ocalali z Dano dotarli na miejsce, szanowny Shyete z Lugross wysłał ekipę poszukiwawczą, która miała wyjść im naprzeciw. Ale nikogo nie znaleźli.
– Nikogo żywego? Ciała? – Mimo że mówił cicho, jego głos dudnił w głowie posłańca.
– Żadnych, panie! Żadnych śladów.
– Jakim cudem mieliby się zgubić? Po prostu zniknęli?
– Zniknęli.



*******

Edycja: Tekst został podmieniony na wersję po korekcie.

Chciałabym serdecznie podziękować nieocenionej Lei z bloga http://twoj-redaktor.blogspot.com/ za to, że zechciała ze mną współpracować. Znalazła chęci i czas na to, aby pomóc mi z doprowadzeniem tekstu do porządku i udzielenie cennych wskazówek.


Jestem Ci niezmiernie wdzięczna!