środa, 17 maja 2017

Wstęp I

\



zasy były trudne, niepewne i zdecydowanie niebezpieczne. Ale były takie przecież od lat. Za życia dziadów i pradziadów działo się dokładnie tak samo. A nawet gorzej. Ludzie są kreatywni, jeśli chodzi o wymyślanie sposobów na obronę swoich ziem. Po prostu trzeba dbać o to, aby dzieci nie zapuszczały się same do lasu. Ani nawet na jego skraje.
Była małą dziewczynką, ledwie dziesięcioletnią. Jej czarne, długie loki ściśnięte w idealnym warkoczu, właśnie targała drobna dłoń. Na ogół spokojna, spojrzała na młodszą siostrę, która powoli doprowadzała ją do szału. Bardzo powoli. Zmarszczyła brwi, a przez myśl przemknęło jej, że mogła zostawić krnąbrnego dzieciaka w domu.
– Eillen! Eillen! – Szarpnęła mocniej starszą siostrę za włosy, wyraźnie miała po dziurki w nosie bycia ignorowaną. – Dlaczego mi nie odpowiadasz?
– Przecież mówiłam ci jeszcze przed wyjściem, że nie dokładnie wiem, kiedy wraca. Bo skąd mam wiedzieć? Więc teraz nic nie mówię. – Zachowała spokojny ton, mimo coraz większego rozdrażnienia. Tak uczyła ją mama, zawsze o tym pamiętała. Nie wolno okazywać złości. Złość przyćmiewa osąd, tak mówiła.
– Ale Eillen… – Młodsza z sióstr miała za to gdzieś mamine nauki. Była przecież księżniczką, a księżniczce wszystko wolno. Nawet, jeśli w grę wchodzi zamach na włosy innej księżniczki.
– Amriees – ucięła na moment. – Musimy jeszcze chwilkę zaczekać, na pewno zaraz wróci. Za dwie godziny ma lekcje w bibliotece, nigdy się nie spóźnia.
Dziewczynka, której zmierzwione loczki żyły własnym życiem, wydęła rumiane policzki z niezadowolenia.
– Nigdy tego nie zrozumiem. – Zadarła dumnie brodę w górę. – Zostanie królem, po co ma się uczyć? Służba będzie robić wszystko za niego.
Eillen prychnęła pod nosem. Jak miała wytłumaczyć swojej młodszej, głupiutkiej siostrze, że król nie może być słabszy i gorzej wyedukowany od swoich poddanych? Nic do niej nie docierało.
– Nasz brat stara się, aby już teraz ludzie darzyli go szacunkiem. Tak jak… – Nie zdążyła skończyć, młodsza dziewczynka weszła jej w słowo.
– Bla, bla, bla. On gada tak samo.
– Bo to prawda! – Tupnęła nóżką odzianą w delikatne, brązowe buciki. Miała się nie denerwować, ale jeśli chodziło o podważanie słów jej brata... Musiała ich bronić z całych sił.
– Będzie królem, i tak będą musieli go szanować! Bo tak! Bo inaczej każe ich wszystkich wtrącić do lochu! – wygłosiła dumnie Amriees.
– Jesteś głupia – stwierdziła starsza z sióstr, gdy zabrakło jej sił i argumentów na dalszą dyskusję z młodszą. Chociaż uznanie swojego rozmówcy za głupszego jest doskonałym argumentem na podważenie jego zdania, prawda?
– Ty jesteś głupsza – odgryzła się siedmiolatka.
– Znowu się kłócicie? – Rozbawiony głos, dochodzący z niewielkiej odległości, zwrócił uwagę dziewczynek. Ta mała, acz niezwykle ważna sprzeczka tak je pochłonęła, że nie zauważyły brata, na którego czekały. Eillen pojaśniała natychmiast, była wpatrzona w Ylayana jak w obrazek. Kiedy dorośnie, chciała być taka, jak on. Mądra, silna i powszechnie lubiana. Z Amriees sprawy miały się nieco inaczej. Uważała, że starszy brat traci czas, który mógłby przeznaczyć na zabawę. Na przykład z młodszymi siostrami. Dlatego też na widok przybysza skrzywiła swoją twarzyczkę.
Przyszły król był w wieku, w którym tylko krok został mu do stania się domorosłym mężczyzną. Miał lekko pociągłą, szlachetną twarz i jasnoniebieskie oczy. Wykapany ojciec. W przeciwieństwie do czarnych włosów swoich młodszych sióstr, chłopak posiadał ciemnobrązowe, które obecnie były nieco zmierzwione.
Kiedy ujrzał dziewczynki, stojące tuż przed bramą miasta, pożegnał się ze swoim nauczycielem strzelectwa i nie kazał im już dłużej czekać. Były jednak tak zajęte ubliżaniem sobie, że zdecydowanie mógł poczuć się zignorowany. Nie przeszkadzało mu to jednak. Zawsze bawiło go zaangażowanie w te drobne z pozoru sprzeczki. Oczywiście wiedział, że dla nich to była sprawa życia lub śmierci.
– Nie kłócimy się – zaprzeczyła starsza z sióstr. – Po prostu ona nie ma racji. – powiedziała pewnie, nie zerkając na Amriees nawet na sekundę.
– Dlaczego tak długo cię nie było, bracie? – spytała młodsza, wyglądało na to, że postanowiły się ignorować.
– Długo? – spytał rozbawiony. – Wcale nie długo. Ale gdybym wiedział, że dwie księżniczki na mnie czekają, na pewno bym się pospieszył. – Poczochrał obie czarne czupryny i zaczął iść w stronę zamku.
Dziewczynki wyjątkowo zgodnie zrobiły niezadowolone miny, kiedy brat postanowił zaingerować w ich fryzury.
Podążyły za chłopakiem prawie w ciszy. Tylko przez moment dało się słyszeć jakieś niezrozumiałe pomruki, których treść były w stanie zrozumieć tylko i wyłącznie one. Łatwo było jednak domyślić się, że usiłują nawtykać sobie nawzajem i przekonać, że słowo jednej jest ważniejsze i bardziej prawdziwe, niż drugiej.
Spacer najmłodszych członków rodziny królewskiej po głównych ulicach Nakaross przyciągał spojrzenia. Raczej dyskretne, towarzyszyły im ciche szepty. Nie wypadało się gapić, nie wypadało zaczepiać. A do tego, zjawisko to nie było aż tak egzotyczne, żeby każdy mieszkaniec musiał być jego świadkiem. Prędzej czy później znowu będzie można zauważyć wracającego z treningu księcia w towarzystwie nauczyciela i młodych strażników, lub swoich sióstr. Ba! Czasem nawet da się spotkać członków rodziny królewskiej na targu lub w parku, co jeszcze za czasów poprzedniego króla było nie do pomyślenia – ograniczał on kontakty z ludem do okazji oficjalnych. Obecnie coś takiego się zdarza, władcy przestali być dla mieszkańców prawie jak nieziemskie istoty, które nie kalają się poprzez stąpanie po ziemi.
Najpierw otwarły się metalowe wrota, mechanizm działał bezdźwięcznie. Ich skrzydła były zdobione pięknymi florystycznymi wzorami. Metalowymi pnączami, których pączki miały niedługo rozwinąć się w piękne kwiaty i świeże listki, niby żywe. Metal, z którego wykonane były te bajeczne skrzydła drzwi, był wyjątkowy, jeśli chodzi o jego wygląd. Jasny, czysty kolor, pomiędzy srebrem, a błękitem. Idealnie gładki, jakby kryształowy. Miało się wrażenie, że jeśli będzie wpatrywać się odpowiednio długo, zobaczy się to, co znajduje się za nim. To wizualne wrażenie przezroczystości, pokrycia warstwą szkła lub cienką taflą idealnie czystej wody, było unikatowe. Jedyny taki na tym świecie i nie tylko, choć prawda jest taka, że występował dość powszechnie. Pewien problem pojawiał się przy jego obróbce. Wielu ludzi zajmuje się sposobem na usprawnienie tej czynności. Z tego powodu właśnie, wrota stały się dziełem nauki i sztuki, powstałym w trudach i bólach.
Za pięknymi wrotami znajdowały się kolejne, otwarte już od wewnątrz przez milczących strażników, których głowy zasłaniały kaptury. Te drzwi były już mniej ozdobne, z ciemnego, prawie czarnego drewna, z wzorem tworzącym ramę, nawiązującym do metalowych wrót.
Dom. Tak myślała o tym wzbudzającym respekt miejscu trójka rodzeństwa. Yalayan zmierzał prosto do jadalni, w której posiłki spożywała jego rodzina. Założył, że prawdopodobnie czeka tam ich matka, w końcu to nie był pierwszy raz. Do obiadu była jeszcze chwila, a dwie małe księżniczki musiały doprowadzić się do porządku. Nikt poza tą kobietą nie miał wystarczającej mocy przekonywania, aby nad nimi sprawnie zapanować. O ile Eillen sprawiała niewiele kłopotu, była rozsądną, nadzwyczaj dojrzałą dziewczynką, o tyle Amriees miała wyjątkowo silny charakter i była przekonana o swoich racjach. To jej słowo było najważniejsze, a na ogół było zupełnie inne niż to, które wypowiadał ktoś inny.
W jasnym pomieszczeniu o dość minimalistycznym wystroju, w którym poza stołem otoczonym wygodnymi krzesłami i pokaźnych rozmiarów kredensem znajdowało się sporo roślin, siedziała kobieta. Białe zasłony nie przysłaniały okien, były maksymalnie rozsunięte i ocieplały wnętrze, przykrywając dość surowe kamienne ściany. Kobieta, której brązowe włosy spływały grubymi falami po ramionach, miała na sobie długą, dość prostą i oszczędnie zdobioną suknię w jasnoniebieskim odcieniu. Tkanina już na pierwszy rzut oka wydawała się droga. Dłuższe przypatrywanie się mogło tylko utwierdzić w tym przekonaniu. Taki materiał nie potrzebował wielu dodatków. Właścicielka sukni prezentowała się bardzo elegancko i z niezwykłą klasą. Jej spokojne oczy wpatrywały się z zamyśleniem w okno.
Czekała.
Ciche pukanie do drzwi zakłóciło idealny spokój.
– Wejść – odezwała się spokojnym, acz donośnym głosem.
Próg przekroczyła skromnie, ale schludnie ubrana kobieta.
– Wasza królewska mość, za pozwoleniem. – Siedząca skinęła głową. – Chciałabym przekazać, że książęta wróciły do zamku i zmierzają do jadalni.
– Dziękuję za informację. Możesz zająć się już czymś innym, poradzę sobie sama.
– Jak sobie pani życzy.
Emora nie mogłaby nazwać się królową, gdyby nie potrafiła zapanować nad własnymi dziećmi. Nikt nie darzyłby jej wtedy szczerym szacunkiem. Dzieci wchodzące na głowę lub odsyłane na wychowanie innym nie są niczym, czym można by się chwalić, a władca, jako osoba publiczna, nie powinien być zmuszony do okłamywania poddanych z powodu niegrzecznych książątek, prawda? Pewnie niewiele członków arystokratycznych rodów przyznałoby jej rację, ale ona została wychowana przez matkę i ojca, dla niej byli największymi autorytetami. Jej mąż także był nieco zmieszany, kiedy po narodzinach syna odesłała wszystkie mamki, nianie i opiekunki, które miały zajmować się królewskimi dziećmi, do kuzynów dalszych i bliższych, a także zupełnie innych pożyteczniejszych, według niej, zajęć.
Po chwili do pomieszczenia weszły wcześniej wspomniane książątka. Na przedzie dwie dziewczynki. Młodsza, z twarzyczką o lekko podłużnym kształcie, uderzająco podobnym do brata i ojca, była wyjątkowo naburmuszona i zła. Druga buzia, o sercowym kształcie i wysokich kościach policzkowych, była bardziej ponura i zrezygnowana. Za siostrami stał ich starszy brat, którego rozbawienie zaistniałą sytuacją skutecznie ukrywało zmęczenie po treningu. Pewnie chętnie wytargałby ich fryzurki, żeby jeszcze troszkę im dokuczyć.
Kobieta zmierzyła całą trójkę krytycznym wzrokiem. Już wiedziała wszystko.
– Znowu się pokłóciłyście. O co tym razem? – Jej głos był łagodny, nieco znudzony.
– To nie ja! To ona! – wykrzyknęła Amriees tupiąc nóżką.
– Nieprawda – zaprzeczyła stanowczo Eillen. Nie podniosła głosu w przeciwieństwie do siostry, przy matce nigdy by się nie odważyła.
Kobieta westchnęła cicho, kiwając głową z dezaprobatą.
– Ylayanie? Udało ci się coś z tego zrozumieć? – spytała syna, cały czas obserwując panienki. Wyduszenie z nich czegoś graniczyło z cudem.
– Niestety, matko, kiedy wracałem, spotkałem je pod główną bramą, już się kłóciły. I to jak! – Położył dłonie na swoich bokach, cały czas się uśmiechał.
Emora oparła brodę o swoją pięść.
– Dobrze. Jeśli nie chcecie zdradzić, o co wam poszło… Bo nie chcecie? – Popatrzyła na swoje córki przez chwilę, dając im szansę. Nie wyglądały na chętne, aby skorzystać. – To macie się przeprosić, inaczej nici z poobiedniej wycieczki nad jezioro.
– Ale mamo! – podniosła, nieśmiały tym razem, bunt młodsza córka. – Nie przyznam jej racji. – Pokręciła energicznie głową podkreślając swoje słowa, a jej włosy ułożyły się niczym lwia grzywa czesana na wietrze.
Starsza z dziewczynek postanowiła jednak wyjść z inicjatywą. Po pierwsze była starsza, więc mądrzejsza, to przecież oczywiste, jasne jak słońce i jezioro Neemue podczas pełni księżyca. Głupszym się ustępuje. A poza tym, nie chciała narażać wycieczki. Nie mogła uwierzyć, że to już dziś. Tak nagle. Poczuła w prawdzie, że to trochę niesprawiedliwe. Liczyła, że odwiedzi to ważne miejsce bez Amriees. Ze swoimi rówieśnikami. To było niesprawiedliwe!
– Przepraszam. Nie powinnam cię tak nazywać. – A po chwili dodała jeszcze: – Każda z nas może mieć swoje zdanie.
Mały rozczochraniec zmierzył Eillen groźnym wzrokiem. Nie mogła przeżyć tego, że jej siostra tak grzecznie ustępowała matce. Nie miała zamiaru nikogo przepraszać, bo uważała, że ma rację. Trzeba było bronić swojego zdania. Wiedziała też, że stojąca obok dziewczynka jest tak samo pewna własnych słów. Te przeprosiny to składanie broni, do tego nieszczere i na pokaz.
– Lizuska – burknęła.
– Amriees. Siostra wyciąga do ciebie rękę. – Głos królowej stał się bardziej stanowczy. – Ale dobrze. Wycieczka uratowana. Będzie po obiedzie. A teraz wracajcie do swoich pokojów, przebierzcie się szybko. Ylayan musi jeszcze zdążyć na lekcję.
– Idziemy, bąbelki. – Brat położył dłonie na czubkach ich głów. Nie mógł się doczekać. Nie trzeba przypominać, że bardzo tego nie lubią. Jeszcze to przezwisko. Ugh.
W końcu to księżniczki.
Ihayas i Emora zasiadali przy stole obok siebie. Ich krzesła różniły się od reszty naprawdę niewiele. Oparcie było nieco wyższe – kończyło się prawie równo z czubkiem głowy króla i tylko nieco powyżej głowy królowej. Po prawej stronie stołu, obok króla, siedziały jego dzieci, w kolejności od najstarszego do najmłodszego. Dalej młodszy brat króla z ciężarną żoną i jego niezamężna siostra. Naprzeciw królewskiej pary siedziała siwiuteńka kobieta. Była prosta niczym struna, niejedna młódka zazdrościłaby jej postawy, a kobiety w średnim wieku siły i kondycji. Jednak wzrok królowej matki zdradzał, ile miała doświadczenia, wiedzy i ile przeżyła. Być może zbyt wiele.
Atmosfera podczas obiadu była bardzo przyjemna. Podczas oczekiwania na deser, król rozmawiał ze swoim synem na temat tych nowych strzał szanownego Iniuriusa, nieco zbyt oderwanego od rzeczywistości konstruktora i wynalazcy, uważającego się za najwspanialszego naukowca i potomka Felnów w prostej linii. Kto by tam traktował wymysły jego chorej głowy poważnie? Niektórzy podejrzewali, że mimo w końcu nie takiego zaawansowanego wieku, jego umysł posiada już jakąś dziwną, starczą chorobę. Królowa wdała się w dyskusję z kobietami o wizjach tej nowej widzącej, Niry. Odkąd wybiegła z biblioteki, krzycząc o potokach krwi spływających ulicami dawnego Avaross i podpływającymi aż ku bram Nakaross, zrobiło się wokół niej głośno. Niektórzy uważali, że wymyśliła sobie to wszystko, żeby trzy głowy zgromadzenia przyjęły ją do grona siedmiu głównych widzących, degradując inną członkinię lub, może, żeby została wysłana do Posyross, jako główna widząca, w końcu tam instytucja zgromadzenia nie ma jeszcze ostatecznego kształtu. W każdym dużym mieście są przynajmniej trzy, tamtejszy Shyete musi mieć ich wsparcie, wszyscy to wiedzą. Babcia z kolei usilnie próbowała porozmawiać ze swoimi wnuczkami. Wyglądało to jednak dość zabawnie, gdyż siostry usilnie próbowały się ignorować, jednocześnie nie wchodząc sobie w zdanie, bo nie wypada, a Ygrit ignorowała fakt, że one ignorują siebie. Zjawisko niezwykłe. Wszyscy się ignorują, jednocześnie prowadząc rozmowę.
***
Poruszenie, napięcie i strach. Na zamkowych korytarzach co chwilę przebiegali jacyś posłańcy. Każdy z nich dostał niezwykle ważne zadanie i wiedział, że musi wykonać je jak najszybciej się da. Wszystko musiało działać idealnie, jak maszyneria Posyross. Z jednej z komnat dało się słyszeć przejmujący lament i szept, próbę pocieszenia. Drzwi były otwarte, ale nikt nie wchodził, nikt by nie śmiał w takiej chwili. Nieliczni zwalniali, przechodząc obok nich, aby nie przeszkadzać tupaniem.
Wszystko zaczęło się dosłownie chwilę temu. Kiedy rodzina królewska w spokoju kończyła swój deser, nie przejmując się niczym, do pomieszczenia wpadł jeden ze strażników, podtrzymując słabego i rannego mężczyznę.
– Wasze królewskie mości, posłaniec cudem dotarł do bram miasta! – wykrzyknął z wyraźnym drżeniem w głosie.
– Selemora zaatakowana, zniszczona. Oni idą na rzekę. Zrównają z ziemią resztę wiosek, za dużo, nigdy tylu nie widzieliśmy. Merion już odpiera ataki, stamtąd przybyłem. – Każde słowo wypowiadał z ogromnym trudem, czasem chrząkał, stróżka krwi popłynęła z kącika jego ust.
Król zerwał się z krzesła, uderzając w stół, królowa natomiast nagle zbladła. Szok malował się na twarzach obecnych. Tylko dziewczynki nie do końca zdawały sobie sprawę z tego, co się właśnie stało.
– Odprowadźcie go do medyków – zaczął stanowczo król – wyślijcie oddziały do wszystkich wiosek przyrzecznych. W pierwszej kolejności posiłki do Merionu. Trzeba przeprowadzić ewakuację. Ocalałych z Merionu przetransportować do Lunos, i to będzie pierwsza grupa ewakuowanych. Wszyscy mają trafić najpierw do Lugross, a tych, którzy nie będą potrzebować pomocy medycznej, trzeba od razu przetransportować do Posyross. – Mężczyzna był wyraźnie zdenerwowany, ale w tej chwili doskonale radził sobie z zachowaniem zimnej krwi, jakby do tego się urodził. Jego ton był twardy i stanowczy. Rozkazy musiały zostać wykonane, inaczej nikt nie ocaleje. – Mniej ludzi trzeba wysłać do Demero, Belenii i Hesto, ale ich droga będzie taka sama. Zapamiętałeś? – zwrócił się do strażnika, pytanie było tylko dla zasady. Jakakolwiek opieszałość w tej chwili skończy się tragicznie.
– Oczywiście, wasza królewska mość!
– Wiesz, gdzie masz iść. I przyślijcie mi tu, do cholery, kilku posłańców! – Ihayas był w stanie prawie zobaczyć, co działo się w wioskach. A wyobraźnia podpowiadała mu, co jeszcze nastąpi. Zdawał sobie jednak sprawę, że musi chrzanić wyobraźnię. To nie był dobry moment na tracenie głowy.
– Tak jest! – Strażnik wyszedł czym prędzej, prowadząc rannego.
– Kochanie. – Emora położyła dłoń na dłoni męża, ale wcale nie miała zamiaru go uspokajać. – Trzeba powiadomić żonę kapitana Simora. Przebywał w Selemorze.
– Tak, oczywiście. Twoja kuzynka musi o tym wiedzieć. Dwa tygodnie temu wzięli ślub. – Mężczyzna opadł ciężko na krzesło.
– Idę. – Kobieta od razu ruszyła z  miejsca.
– Ojcze? Czy coś takiego miało już miejsce? – Ylayan czuł się zagubiony, pojedyncze ataki zdarzały się ciągle, ale nigdy nie zaatakowano miast i wiosek. Cathowie nigdy nie podchodzili do większych zbiorowisk ludzkich.
– Od lat nie. – Król przez chwilę patrzył w oczy swojego syna, nawet nie mrugnął, a jego spojrzenie było puste, jakby w rzeczywistości znajdował się zupełnie gdzieś indziej. – Mamy wojnę.
Kilka oddziałów wojsk przekroczyło bramy Nakaross. Część z nich była uzbrojona w prototypowe egzemplarze broni. Póki co, były one najskuteczniejsze przeciwko bestiom, z którym przyjdzie się im zmierzyć. Wózki terenowe ruszyły głównymi traktami. Pokrzykiwania dowódców ucichły, gdy tylko pojazdy zniknęły z pola widzenia ewentualnego obserwatora przy bramie. Istniała szansa, że zostaliby usłyszani, a tego lepiej było uniknąć. Ludzie potrzebują jak najszybszej pomocy. Im mniej walk po drodze, tym lepiej.
Kilka godzin później wszystko było już zorganizowane, dopięte na ostatni guzik. Wojsko przeprowadzało ewakuację, a plan wzmocnienia obrony był w trakcie wdrażania. Ihayas, wraz z wiekowym mężczyzną w stroju żołnierza, zbyt starym by walczyć, ale wystarczająco doświadczonym, by udzielić niezwykle cennej rady, stali nad stołem pokrytym mapami i planami, umieszczonym w sali tronowej.
Rozległo się głośne pukanie.
– Wejść!
Przez drzwi przeszedł młody mężczyzna. Posłaniec.
– Wasza królewska mość. – Skłonił lekko głowę. – Grupa z Dano znajduje się już w drodze do Porysoss, nikt nie jest ranny. Grupy z Demero, Belenii i Hesto właśnie minęły Nakaross i zmierzają do Lugross. Podobno do Merionu dotarło kilkoro ocalałym z Selemory…
– I wszyscy trafili do Lunos – wtrącił się król. – Rozumiem, że są już w Posyross, to miał być pierwszy transport. – Nie odrywał wzroku od map.
– Nie, wasza wysokość. Ewakuacja Lunos przebiegła bez zarzutów, na pewno przekroczyli rzekę. Ale zniknęli.
– Co!? – Coś dziwnego wymalowało się na twarzy króla. To nie był strach ani złość, a jakaś dziwna mieszanka, między innymi tych emocji. Zimny dreszcz przebiegł po plecach młodego posłańca. Przeraził się.
– Wasza królewska mość! – Chłopak spuścił wzrok, nie mogąc znieść spojrzenia władcy. – Kiedy ocalali z Dano dotarli na miejsce, szanowny Shyete z Lugross wysłał ekipę poszukiwawczą, która miała wyjść im naprzeciw. Ale nikogo nie znaleźli.
– Nikogo żywego? Ciała? – Mimo że mówił cicho, jego głos dudnił w głowie posłańca.
– Żadnych, panie! Żadnych śladów.
– Jakim cudem mieliby się zgubić? Po prostu zniknęli?
– Zniknęli.



*******

Edycja: Tekst został podmieniony na wersję po korekcie.

Chciałabym serdecznie podziękować nieocenionej Lei z bloga http://twoj-redaktor.blogspot.com/ za to, że zechciała ze mną współpracować. Znalazła chęci i czas na to, aby pomóc mi z doprowadzeniem tekstu do porządku i udzielenie cennych wskazówek.


Jestem Ci niezmiernie wdzięczna!

4 komentarze:

  1. Nie darowałabym sobie, gdybym nie przeczytała chociaż pierwszego rozdziału. Sam opis Twojego bloga, który zobaczyłam na katalogu mnie zaciekawił... Do tego doszedł szablon, który jeszcze bardziej podpowiedział mi, jaki będzie klimat tej historii.
    A muszę przyznać, że uwielbiam takie klimaty. Sama piszę opowiadanie o rodzinie królewskiej, więc Twój blog jest jak najbardziej dla mnie. :)
    Już na wstępie miałam dość spore oczekiwania co do tej historii. Tak więc przeczytałam ten rozdział i ... nie zawiodłam się :D
    Podoba mi się ten motyw, masz ciekawe pomysły. Kłótnia sióstr była przeurocza. Ogólnie ich stosunek do siebie wydaje mi się ciekawy. A końcowe zdarzenia zwiastujące wojnę kupiły mnie całkowicie.
    Zostaję tutaj na dłużej. Resztę rozdziałów nadrobię w wolnej chwile. Pisz! :)
    Weny życzę i pozdrawiam <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za cudowny komentarz! Cieszę się że moja radosna grafomania komuś się spodobała. Mam nadzieję, że spodobają ci się także kolejne części i nie zawiedziesz się tym, że właściwe wydarzenia są troszkę odsunięte w czasie od tego co jest tutaj.
      Teraz mam powód żeby się jeszcze bardziej starać! Jeszcze raz dziękuję!

      Usuń
  2. Cześć :-)
    Bardzo mi się spodobał ten wstęp. Wyczuwam tu historię zdecydowanie w moim typie i na pewno jak znajdę więcej czasu wpadnę, żeby przeczytać ciąg dalszy.
    Bohaterowie od samego początku zyskali moją sympatię i już jestem bardzo ciekawa ich dalszych losów.
    Wygląd bloga również jest świetny!
    Życzę dużo weny twórcze i świetnych pomysłów ;-)

    Jak znajdziesz czas, zapraszam do mnie http://swiatminaris.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komentarz. :D Mam nadzieję że nie zawiedziedz się później!
      Napewno zajrzę.

      Usuń