środa, 17 maja 2017

Wstęp II



óźny wieczór.
Dziewczynka siedziała na łóżku wpatrując się w rąbek swojej czarnej sukienki. W pokoju było wystarczająco jasno, aby na nic nie wpaść i zbyt ciemno, aby czytać. Jedyne światło pochodziło od dwóch niewielkich kryształowych lampek, których blask rozjaśniał pomieszczenie srebrną barwą.
– Eillen. – Powiedziała cicho chcąc zatrzymać siostrę, która właśnie miała wychodzić.
– Tak? – Starsza dziewczyna popatrzyła na Amriees, była przygarbiona, wyglądała jakby właśnie chciała się skulić i zniknąć, zupełnie jak nie ona. Prawie zlewała się z ciemną pościelą swojego łóżka. Nastolatka przypuszczała, ze gdyby nie wiedziała o tym ze jej młodza siostra tam siedzi, to mogłaby jej nie zauważyć.
– Opowiesz mi? Ty zawsze pamiętasz, jak mama. – Jej głos był lekko zachrypnięty.
– Dobrze, spróbuję. – Stała jeszcze przez moment przy drzwiach, później usiadła po drugiej stronie łóżka, plecami do siostry. – Dobrze, więc…
– Ojciec był załamany. – Wtrąciła się jeszcze. – Bardziej niż wtedy.
–Tak. Słyszałam, że Illana chce opóźnić ślub ze względu na żałobę.
– Brat się zgodził?  – Spytała cicho, jakby z nutą nadziei.
– Nie wiem, nie podsłuchiwałam.
– A powinnaś. – Mruknęła młodsza z sióstr, przez chwilę wracając do dawnej siebie.
– Spieszą się. Wszyscy się teraz spieszą. – Westchnęła wbijając wzrok w kolana – I chcą trochę radości. Wszyscy jej chcą. Godzina radości. – Głos Eillen był wyprany z jakichkolwiek emocji, jałowy, ona cała wydawała się nie mieć teraz żadnych emocji.
– Nieprawdziwej. – Amriees rozumiała, ale jej nie chciała. To, że przez godzinę myśli wszystkich skupią się na czymś innym, to nic nie zmieni. Taka radość, jest pusta i ulotna. Jest jak zasłona dymna, jak mgła, prawda i tak przez nią przebija, wyłazi, rozrywając ją swoimi brudnymi pazurami. A kiedy kłamstwo całkiem się ulotni jest tylko żal i jeszcze więcej żalu.
Eillen odwróciła się żeby popatrzeć przez chwilę na zgarbioną siostrę. Wydawała się ani drgnąć.
– Tak. Nieszczerej. – Jeszcze przez chwilę wpatrywała się w odziane w czerń plecy. Oddychała, tylko tyle, aż tyle, znak, że nie stała się kamiennym posągiem. – Avaross tętniło kiedyś życiem. Było położone na wyspie na samym środku jeziora Lonue, a nie na wzgórzu na pustkowiu tak jak teraz. Przez taflę jeziora przebijały się kryształy, które nocą oświetlały okolicę. Na skraju wody, za dnia, rozkładały się stoiska kupców przybywających z wiosek. W Avagordzie nie było wtedy jeszcze ludzi.
Wysoki mężczyzna właśnie poprawiał kołnierzyk oglądając się w dużym lustrze. Wszystko musiało być idealne, cały strój, futro i postawa. Gdyby choćby pyłek, z pozoru nie ważny, znalazł się na jego ramieniu, musiałby go strząsnąć przed wyjściem z komnaty. Był wojownikiem, jak wszyscy, ale jednocześnie był też następcą tronu. Oni wszyscy mgli sobie chodzić ubabrani i zakurzeni, z sierścią nachodzącą zdecydowanie za głęboko na plecy, jak zwierzęta. Części z nich jeszcze to dotyczyło. Nie jego. Linia jego włosia kończyła się dokładnie tam gdzie powinna, na karku, a do tego przycinał ją w idealny trójkąt, od uszu w dół. Doskonale.
Zwiększał się ruch na korytarzach twierdzy. Zbliżało się bardzo ważne zebranie. Każdy feln, przybył dziś do Avaross. Król Ehmar zapowiedział zmiany. Zmiany, które wpłyną na życie każdego. Podobno nawet jego syn Onak, nie wiedział, co zamierza ojciec. Władca pilnie strzegł swojej tajemnicy. Poruszenie było ogromne. Większość pomysłów krążących między mieszkańcami zakładała sposób na zablokowanie przejść na zawsze, jakiś niesamowity wynalazek, lub może, ustępuje z tronu na rzecz swojego syna.
Miejsca, z których będzie widać główny balkon powoli się zapełniały. Nikt się nie przepychał, mimo że każdy chciał zdobyć jak najlepsze miejsce. Centrum słonecznego Avaross jeszcze nigdy nie gościło tylu osób jednocześnie. Główny plac, balkony i dachy, trochę ponad czterysta felnów.
– Przyjaciele! – Kiedy nadszedł odpowiedni moment król pojawił się na balkonie. Złote kosmyki, złote oczy, skóra o złotym odcieniu, tak prezentował się władca, jak słóńce. Za nim stała kobieta o ognistych rudych puklach, bursztynowych oczach i cerze, która w promieniach światła wydawała się mieć miedziane tony. Para królewska. – Mam wam coś niezwykle ważnego do przekazania. Zdaję sobie sprawę z tego, że możecie być tym zaskoczeni i wątpić. – Mężczyzna oparł się o kamienną barierkę spoglądając na tłum, jakby próbował złapać kontakt wzrokowy z każdym po kolei – Wątpić w to, że to dobry pomysł. Ale musicie mi uwierzyć. Nie mamy innego wyjścia! – Spuścił na wzrok, aby za chwilę go podnieść i przemawiać z większą mocą. – Wszyscy doskonale wiemy, że jest nas niewielu. Nasi przodkowie, pradziadowie i dziadowie przybyli tutaj, do Avagordu, aby zacząć od nowa. Aby stworzyć coś nowego. Nasza nowa ziemia okazała się jednak… nie być tak bezpieczna jak sądziliśmy. Spoczął na nas obowiązek, a po części i kara. Pierwsza era dobiega końca.
– Ich król sobie wymyślił, że sprowadzi ludzi. Często prosiłam mamę żeby opowiadała mi tylko ten fragment. – Amriees przerwała opowieść swojej starszej siostry i w końcu się poruszyła. Opadła na poduszki i wbiła wzrok w sufit.
– Wiem. Dlaczego właśnie ten? Jest twoim ulubionym? – Eillen położyła się obok niej, teraz przynajmniej mgły mieć ze sobą jakiś kontakt.
– Nie. Nie lubię go.  – Powiedziała pewnym, na tyle na ile było ją stać, tonem.
– To czemu?
– To ich wina. To oni nam to zrobili. – Przetarła wierzchem dłoni oczy i pociągnęła nosem.
– Przecież gdyby nie oni wcale by nas nie było.
Amriees wstrzymała na moment oddech. Łzy napływały jej do oczu. Nie chciała płakać przy innych, ale przy siostrze mogła.
– Przepraszam. – Starsza siostra przytuliła jedenastolatkę. Sama nie zdawała sobie sprawy z tego, co mówi. Wyszło jej jakoś samo. To była zupełnie logiczna odpowiedź. Logiczna, ale nieprzemyślana. Prawdziwa, ale nieodpowiednia.
– Opowiadaj już dalej. – Chciała usłyszeć do końca opowieść, którą dobrze znała.
– Król wygłosił te mowę. Zdecydował, że odpowiedzią na zmniejszającą się liczbę felnów jest sprowadzenie ludzi ze światów korony. Tak chciał uratować Avagord, który uważał za mur pomiędzy ludźmi, a cathami.
– Wszyscy jesteśmy wojownikami! Mężczyźni, starcy, kobiety i dzieci. Ale nie walczymy o lepsza przyszłość dla nas. Walczymy o lepszą przyszłość dla tych wszystkich nieświadomych ludzi, którzy nie mają pojęcia o tym, co się dzieje! Oni nie czują! Doskonale o tym wiem.  Dlatego potrzebują naszej pomocy – zatoczył dłonią półkrąg wskazując trochę na niebo, a trochę na miasto. – Jak sądzicie, kiedy dowiedzą się, że coś im zagraża będą chcieli wziąć sprawy w swoje ręce? Miejmy nadzieję, że tak i że właśnie tutaj.  Muszą chcieć walczyć dla przyszłych pokoleń, dla swoich rodzin, które tam zastaną.
Rozległy się krzyki. Tłum zareagował. Nie była to reakcja świadcząca o zadowoleniu, ale jedna osoba była wyjątkowo wzburzona. Onak. Wyraz jego twarzy powoli przeistaczał się z szoku we wściekłość i obrzydzenie. Nie zamierzał ingerować podczas wystąpienia ojca, to nie lud trzeba było przekonać, że to zły krok, tylko ojca. Ojca, który chciał sprowadzić na ich ziemię szczury. Na ziemię, która należy do nich od niedawna, w której jeszcze nie dążyli się zadomowić, ale może za pokolenie, albo dwa. Ludzie, szczury, gnidy i karaluchy.
– Ojcze. – Onak stanął na drodze króla, kiedy ten tylko wszedł do środka. – Nie rozumiem, dlaczego chcesz to zrobić. – Rozumiał doskonale, ale się z tym nie zgadzał.
– Synu doskonale wiesz, że jesteśmy tu, aby chronić ludzi przed cathami, jesteśmy strażnicą. Kiedy nas zabraknie sami będą musieli się bronić.
– Ojcze, wiem, że uważasz, że nasze przejście do Avagordu otworzyło potworom drogę do tego świata i tym samym do dalszych światów, ale…
– Nic nie wiesz synu. Nic. – Ehmar był wyraźnie zawiedziony, pychę swojego dziecka uważał za osobistą porażkę, największą porażkę w swoim życiu.
– Więc mi wytłumacz! – Książę zacisnął dłonie w pięści, nie był w stanie dłużej kamuflować swojej złości.
– Nie podnoś głosu, pamiętaj, z kim rozmawiasz! – Mocny głos króla dudnił w murach twierdzy – I zapamiętaj, przeszłość nie ma znaczenia. Ważne jest to, co teraz i to co będzie. Matka została na balkonie, możesz jej potowarzyszyć. – Ehmar wyminął młodzieńca i ruszył przed siebie.
– Traktujesz mnie jak dziecko. – Irytacja młodego mężczyzny wydawała się wylewać z jego ciała i ściekać na podłogę.
– Jesteś dzieckiem.
– Musimy walczyć o naszą przyszłość! – Chłopak krzyknął z całą mocą, jaką tylko odnalazł w swoich płucach. – Naszą!
– Nie ma już dla nas przyszłości. Przeszłość nas dogniła. Zauważ jak trudno jest zaaranżować małżeństwo tak żeby para nie była ze sobą zbyt blisko spokrewniona i jednocześnie niebędące dramatycznym mezaliansem.
– Mamy… – Jego twarz wykrzywiło obrzydzenie tak wielkie jakby ojciec zasugerował mu taplanie się w gównie – krzyżować się z nimi?
Król zaśmiał się pobłażliwie, ale nie odwrócił nawet w stronę syna.
– Nie Onaku, my umieramy, to nie sposób na urozmaicenie puli genetycznej. Chociaż… – Zaśmiał się po raz kolejny – oczywiście nikomu niczego nie mam zamiaru zabraniać. Masz zamknięte oczy chłopcze, zamknięte. – Mężczyzna nie miał już zamiaru dłużej słuchać bredzącego dziecka, kiedyś się nauczy, taką miał nadzieję.
– Eillen, mogę ci o czymś powiedzieć? – Amriees przyjrzała się siostrze uważnie, próbując przebić się przez półmrok.
– Jasne.  Nikomu nie powiem, przyrzekam. – Siostrzana obietnica obwiązywała zawsze.
– Zastanawiałam się kiedyś czy dałby się je oswoić. – Ten szalony pomysł zrodził się w jej młodej główce całkiem niedawno, ale nikt nie próbował przecież.
– Oswoić? Je, cathów? – Eillen była zaskoczona, trochę na siłę, z zasady, nic nie czuła poza tym przerażającym odrętwieniem i zimnem.
– No tak. Felnowie z nimi walczyli, my z nimi walczymy. Ciągle tylko walczymy, ciągle tylko nie zapuszczajcie się do lasu. Szczególnie uważajcie o świcie i o zmroku. – W jej głosie dało się słyszeć zniecierpliwienie, za dużo zakazów, kiedy będzie koniec zakazów. – Można by je łapać i tresować.
– Chciałabyś zrobić z bestii jedzących ludzi zwierzęta domowe? My nawet nie trzymamy piesków jak ludzie poza Avagordem. – Pomysł trzymania w domu zwierząt wydawał jej się dziwny, absurdalny, nawet zwierzętom hodowlanym trzeba było zapewnić tyle wolności ile tylko się da.
– Ale czemu nie? Podobno różne zwierzęta da się oswoić. Jeśli można trzymać ptaki, te kolorowe… – uciekła jej z głowy nazwa tych barwnych stworzeń, nie mieli ich w Avagordzie. – Można je nauczyć mowić.
– Ale cathowie to nie zwierzęta, to dziwne potwory z innego świata. Amriees, skąd ci wpadł taki pomysł? – Jej siostra nigdy nie miała takich pomysłów, nie zastanawiała się jak naprawić świat.
– Gdyby je wytresować to może już nikt więcej by nie zginął.  – Dziewczynka skuliła się przytulając do swojej starszej siostry – Mama by nie zginęła. – Ściszyła głos do szeptu tak cichego, że trudno było ją zrozumieć.
– W jednej chwili otwarto setki przejść, sprawdzono ludzi z każdego świata, do którego udał im się przedostać. Mieli różne kolory skory, mówili różnymi językami i wszyscy bez wyjątku byli dobrymi ludźmi, którzy chcieli coś zrobić. Uwierzyli. Na początku zamieszkali w Avaross. Zrobiło się tam jednak niezwykle ciasno, a do tego nie wszyscy felnowie byli zadowoleni z takiego sąsiedztwa.
– Nie dziwię im się. Też bym się nie cieszyła gdyby kazali mi mieszkać z obcymi.
– Ja też nie, do tego król postanowił sprowadzić zwierzęta, gatunki najbliższe tym z Avagordu.
– Zwierzęta dogadały się ze sobą lepiej niż ludzie i felnowie.
– Dlatego rozproszono nas po wioskach, a mężczyźni zaczęli budować nowe miasto, miasto dla ludzi. Ale to nie wystarczyło synowi króla, nie mógł pogodzić się z tym, że istoty, którymi gardzi żyją w ich sąsiedztwie. Uknuł spisek, zebrał sojuszników i postanowił wystąpić przeciwko ojcu. Wyzwał go na pojedynek o władzę, przegrał i wtedy ukryty łucznik strzelił do króla. Rozpętała się wojna pomiędzy wiernymi władcy, a wspierającymi Onaka.
– I ta ich wojna zniszczyła ich miasto. Mama mówiła „rozłam felnów rozłamał Avaross”. Krew zabawiła Jezioro Lonue na czerwono, kryształy powoli stawały się czarne a potem zaczęły się rozsypywać, w proch.
– Tak, a ci, którzy przeżyli przerazili się. Zamieszkali z ludźmi i pomogli przy budowie. Już zawsze pamiętali to, co się stało, jak ich dom został zniszczony i to ze sami się do tego przyczynili. Po kilku latach odeszli, nagle, jednego dnia, każdy feln, część z nich zostawiła swoje nowe rodziny. Może mają gdzieś nowy dom, w innym świecie, albo zostali w Avagordzie i ukryli się w cieniu godząc z tym, że sami zakończyli swoje istnienie. – Dziwiło ją to jak wiele słów matki była w stanie dosłownie powtórzyć, jakby odczytywała je z książki. 
– Jak myślisz to się kiedyś skończy? – Ciągłe myślenie o przetrwaniu przerastało jedenastoletnią dziewczynkę.
– Ta wojna? Mam taką nadzieję. Musimy wierzyć, że wszystko będzie dobrze. Wynalazcy ciągle wymyślają coś nowego.
– Zostaniesz ze mną? – Amriees bardzo nie chciała być sama, bała się, że kiedy tylko Eillen wyjdzie, to zniknie na zawsze, ja mama.
– Tak. Musimy się trzymać razem nie? Chociaż czasem. – Przytuliła siostrę mocniej. Chociaż prawda do niej jeszcze nie dotarła i miała wrażenie, że wszystko, co się dzieje jest snem, to wiedziała, że nie jest i że jej siostrzyczka potrzebuje wsparcia.
– Znajdę sposób żeby je wytresować. Zobaczysz. – Nagle narodziła się w niej determinacja tak ogromna jak jeszcze nigdy. Teraz, właśnie w tej chwili.
– A ja wynajdę wehikuł czasu. – Rzuciła pewnie, kryjąc z całej siły nutę rozbawienia.
– Nie wierzysz we mnie. A przed chwilą powiedziałaś, że musimy się trzymać razem. – Spodziewała się takiego ciosu, dogryzanie sobie tkwiło głęboko w ich naturze.
– Tak powiedziałam i wierzę w ciebie przecież, nie wierzę w to, – zawahała się – coś. Zresztą, jesteśmy dziećmi, masz jedenaście lat, ja czternaście. Co my możemy?
– Ale kiedyś dorośniemy.
– Więc jak dorośniesz chcesz oswoić catha?
– Tak.
– Mam propozycję. Taki zakład, postanowienie. Ty w przyszłości oswoisz catha, a ja zajmę się wzrostem roślin.  – Te dwie rzeczy były prawie równie nieprawdopodobne, zadanie Amriess jednak nieco bardziej. Cóż, najtrudniejszej misji i tak postanowił podjąć się ich brat.
– Ty? Przecież ty jesteś najgorzej wyczuwającą energię osobą, nie wiem, na świecie! – Mała księżniczka uważała inaczej niż starsza. Była pewna, że uda jej się kiedyś wytresować bestię, ale Eillen w życiu nie nauczy się zajmować roślinami. Niemożliwe.
– Ty mała paskudo!
– Ale to prawda. Nic nie czułaś nad jeziorem. Nic. Nawet kamień czuje więcej niż ty.
– A ty czułaś łaskotki. Wiem. Pamiętam.
Klęczał obserwując zwłoki dryfujące po krwawym jeziorze. Przez moment pomyślał, że gdyby nie on, to ta masakra nie miałaby miejsca. Szybko jednak przepędził tę natrętną muchę z głowy. Wszystko było winą jego upartego ojca. Chciał zniszczyć ich przyszłość i zrobił to. Trzeba było odesłać ludzi, albo wcale ich nie sprowadzać.
– Onaku. – Głos mężczyzny, który podszedł do księcia, drżał. – To już koniec. – Wyciągnął dłoń do klęczącego.
– Urianie. Byłeś moim najlepszym przyjacielem. Wychowaliśmy się razem, jak bracia. – Chwycił rękę przyjaciela pewnie.
– Dalej nim jestem. Mimo wszystko. – Uścisnął ramię przyjaciela pokrzepiająco.
– Stałeś się zdrajcą. – Szybkim ruchem wbił ostrze miecza w brzuch zaskoczonego mężczyzny. – Śmiałeś stanąć przy boku mego ojca! Odwrócić się ode mnie! – Z uśmiechem na ustach przekręcał ostrze i wsłuchiwał się w dźwięk masakrowanych organów. – Stałeś się głupcem podążającym za władcą, zamiast za dobrą, jedyną właściwą sprawą. – Wstał i wyciągnął ostrze z dawnego przyjaciela. Mięśnie Uriana odmówiły mu posłuszeństwa i runął do jeziora, dołączył do innych. – Zdradziliście swoich braci i siostry. Wszyscy. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz